Pojedynkowali się wyłącznie mężczyźni. Jeszcze nie zapanowała era wrzeszczących histeryczek – jak oceniano niewiasty pchające się do spraw publicznych i często wyrażające swoje racje właśnie wrzaskiem. Niestety, w naszych czasach podobne panie widać na każdym kroku, nie wyłączając Sejmu.



Czy pamiętacie, mowa o ostatniej dekadzie, jedną demonstrację lub najmarniejszy wiec, gdzie takich jak one nie ma? Ze świecą by szukać. Są i wrzeszczą, jakby ten jazgot był cechą ich płci przyrodzoną. Wyparł niemal całkowicie inną cechę zazwyczaj przypisywaną kobietom: niechęć do brutalności i spokojną cierpliwość. Ów odmienny typ kobiety określano babochłopem. Takim była np. znana z plakatów propagandowych w latach 50-tych Hela Traktorzystka czy też pełna rewolucyjnego zapału sowiecka ( choć i u nas ich nie brakowało) towarzyszka komunistka.



Zresztą nie tylko uliczne demonstracje lub sale obrad są dla współczesnych Hel Traktorzystek miejscami, gdzie toczą zażarte boje. Polem walki stały się również media, Internet i Twitter. Ileż to wpisów dzisiejszych Hel ocieka jadem, razi wulgarnością, idzie w zawody z najbardziej brutalnymi osobnikami spod ciemnej gwiazdy. Kiedy już się do czegoś przyczepią, kąsają bez umiaru. Z drugiej strony panie te miewają cienką skórkę, toteż każda forma przeciwstawienia się im wywołuje zdwojony wrzask albo…skierowanie do sądu sprawy o obrazę uczuć(!).



W ostatnich miesiącach obiektem toczenia piany stał się arcybiskup krakowski ks. prof. Marek Jędrzejewski. Zamiast - wedle oczekiwań Hel - siedzieć w kościelnej ławce i milczeć, ośmielił się dać głos na temat zachodzących w świecie i w kraju zmian obyczajowych, szczególnie w delikatnej sferze ludzkiej seksualności.



Pojawiła się nowa forma totalitaryzmu – mówił. - Naraz wszystko się kwestionuje, czyli faktycznie kwestionuje się naszą kulturę, odwraca się cały porządek”.



To jeszcze mogli nosiciele i nosicielki „nowego świata” przełknąć. Ich cienka skórka zadrżała jednak na inne słowa, na jednoznaczne nazwanie nowej ideologii tęczową zarazą. No i posypały się „kary”.



Część ludzi o – jak to określił pewien dawny publicysta – zawsze drżących łydkach (również do znalezienia wśród kapłanów) zaczęła dywagować, czy arcybiskup nie podszedł za daleko i gdyby tak zechciał uprzejmie przeprosić, byłoby w porządku. Inni postulowani zdjęcie z urzędu, posuwając się nawet do apeli w tej sprawie kierowanych na ręce papieża. Jeszcze inni karali wprost. Takim czynem „post-jędraszewskim” było np. zerwanie przez Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie współpracy z miejscowym radiem. Władze muzeum, krocząc szlakiem poprawności, oprotestowali tym sposobem udział arcybiskupa w audycji owego radia. Cenzura? Kaganiec na myśli? Na wolność słowa? Prawda, że w głowie się nie mieści?



Samo nazwisko arcybiskupa wywołuje furię. Jak on śmiał twierdzić, że nasz wspaniały gender to ideologia zła? Stał się kimś, kogo tęczowi mają obowiązek opluwać i nienawidzić. Żadna kierowana ku niemu obelga nie jest dla nich wystarczająco mocna. Tym bardziej w sytuacji, kiedy list w jego obronie podpisało wiele tysięcy Polaków.



Szkoda, że nie poczekała z rzucaniem epitetami wielce wymowna reżyserka A. Holland, której osoba ks. prof. Jędraszewskiego - sądząc po jej słowach – chyba spędza sen z powiek. Dlaczego szkoda? Otóż jakby na złość parę dni po jej wypowiedzi arcybiskup został laureatem prestiżowej nagrody im. Stefana Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia, przyznawanej przez Stowarzyszenie Absolwentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.



Co ma teraz biedna począć? Tak się wysiliła, ażeby powiadomić świat i okolice, iż arcybiskup Jędraszewski to „wyjątkowa kreatura” – a tu taki cios.



Czy absolwenci KUL mają zażądać by odszczekała? Wyzwać ją na pojedynek? Niestety, to niemożliwe. Nie ma zdolności honorowej. I jako taka…Cóż, dokończcie sobie sami.



Zuzanna Śliwa