Już na samym początku swoich notatek ks. Wyszyński podkreślił, że na długo przed aresztowaniem wszyscy wokół niego – kapłani, biskupi, wierni – żyli w przekonaniu, że zaraz władze go zatrzymają. Plotki rozsiewane na ten temat były elementem presji, z którą musiał sobie radzić. Komuniści krytykując jego „upór”, jaką była wierność wyznawanym zasadom, sugerowali, że na własną prośbę chce zostać męczennikiem. On sam pisał, że owszem, był świadomy, iż może zostać męczennikiem, był na to gotów, ale jednocześnie sądził, że zbyt wielu Polaków oddało już życie za Ojczyznę. Opowiadał się bardziej za „męczeństwem pracy”, a więc za codziennym oddawaniem swojego życia dla dobra narodu.

17 października 1953 r. Kardynał napisał do swojego ojca: „Czas wypełniam lekturą, modlitwą i spacerem po rozległym parku. Zdrowie mi służy w pełni. Bóg nie odmawia swoich radości i nad wyraz dobrej Opatrzności. Pragnąłbym również, by z ust moich najbliższych nikt nie słyszał ani w domu, ani poza domem najmniejszej nawet skargi. Potrzebna mi jest wasza pogoda, spokój i modlitwa”. Taka postawa jest wyrazem klasy, ale jest też postawą głęboko chrześcijańską – rycerz Chrystusa nie narzeka na swój los, ale podejmuje walkę w każdych okolicznościach i wszystko przyjmuje z wdzięcznością.

W innym liście do ojca Prymas podkreślał, że we wszystkim, co człowieka spotka należy widzieć Bożą miłość i kiedy to pojął, w jego duszy zagościła „spokojna i ufna radość”. Dzięki niej opuścił go lęk i mógł oddać się całkowicie Ukrzyżowanemu i Matce Bożej. W sytuacji ks. Wyszyńskiego taka postawa nie była wcale łatwa. Sam pisał, że komuniści traktują go jako zwykłego więźnia, skazanego na śmierć cywilna, „liszeńca” pozbawionego wszelkich praw. Prymas potrafił znosić obelgi, afronty i szykany z godnością i po chrześcijańsku: „Listu od Ojca na święta nie otrzymałem, choć trudno mi to sobie wyobrazić, by paczka była wręczona bez listu. Ale tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam swoim opiekunom. Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził”.

Ostatnie słowa powinniśmy sobie wziąć do serca. Nie można pozwolić na to, aby nasi przeciwnicy zasieli w nas ziarno rozgoryczenia, nienawiści, żądzy odwetu. Wewnętrzna wolność oznacza, że inni nie mają możliwości kształtowania nas według własnych wyobrażeń, na swoje podobieństwo.

Niesamowitym świadectwem są też inne słowa z „Zapisków”: „Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mnie teraz otaczają najbliżej. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej. Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo żyć. Bo tylko wtedy życie moje będzie budowało Królestwo Boże na ziemi”.

Ks. Wyszyński pokazuje nam, że zawsze można służyć Kościołowi i Polsce. Kiedy był więziony, podkreślał, że służy im swoim cierpieniem. Zauważał z pewną ironią, że już nikt nie zazdrości mu jego „kariery”. Dodawał jednak: „Kariera w Kościele wymaga gotowości, by pójść z Chrystusem i na krzyż, i do więzienia”.

Kardynał pozostawał przy tym niezwykle pokorny. Uważał siebie za nieudolnego i ograniczonego, którym Bóg posługuje się tak, jak chce. Pozostawał spokojny, bo był przekonany, że krzyk wynika jedynie z braku męstwa. Obserwował z dystansu „apostołów nienawiści”, jak sam pisał, zauważając, że jest w niej lęk przed Bogiem, który działa, a największa niewiara jest zachętą do szukania najwyższej Prawdy.

Przesłaniem ks. Wyszyńskiego jest wezwanie do przyjęcia „ósmego sakramentu”, jak nazywał męczeństwo. Uświęcić miał je sam Jezus Chrystus, kiedy błogosławionymi nazwał tych, którzy będą prześladowani. Niekoniecznie musi to być męczeństwo krwi. Może to być męczeństwo pracy. To w Stoczku ks. Wyszyński napisał akt osobistego oddania się Matce Bożej, który powinniśmy odmawiać i my:

„Święta Maryjo, Bogurodzico Dziewico, obieram sobie dzisiaj Ciebie za Panią, Orędowniczkę, Patronkę, Opiekunkę i Matkę moją.

Postanawiam sobie mocno i przyrzekam, że Cię nigdy nie opuszczę, nie powiem i nie uczynię nic przeciwko Tobie. Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili, co uwłaczało by czci Twojej.

Błagam Cię, przyjmij mnie na zawsze za sługę i dziecko swoje. Bądź mi pomocą we wszystkich moich potrzebach duszy i ciała oraz w pracy kapłańskiej dla innych.

Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich, zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej Chwale Boga, w czasie i w wieczności.

Pragnę przez Ciebie, Z Tobą, w Tobie i dla Ciebie stać się niewolnikiem całkowitym Syna Twojego, któremu Ty o Matko, oddaj mnie w niewolę, jak ja Tobie oddałem się w niewolę.

Wszystko, cokolwiek czynić będę, przez Twoje Ręce Niepokalane, Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – Soli Deo!

Maryjo Jasnogórska, nie opuszczaj mnie w pracy codziennej i okaż swe czyste Oblicze w godzinę śmierci mojej. Amen”.