Możliwe, że działanie papieża Franciszka jest jak najbardziej racjonalne, uzasadnione, może nawet wymuszone przez włoskie władze. Zapewne Franciszek obawia się, że w tłumie łatwo dojdzie do zakażenia wiernych, chce im tego oszczędzić, modlić można się wspólnie za pośrednictwem mediów. Dzisiaj jednak, kiedy drobne gesty urastają do rangi symboli, ta decyzja wygląda bardzo źle. Przypomina to postępowanie biskupa z "Dżumy" Alberta Camusa, który kazał się zamurować, aby wierni go nie zarazili. Na marginesie: ci łatwo odczytali jego intencje i w przypływie zemsty wrzucili mu ciało zmarłego na epidemię do jego schronienia.

Zupełnie inny przykład przynoszą nam "Kwiatki" św. Franciszka, w których czytamy, że św. Franciszek modlił się kiedyś nocą na łące, błagając Boga o jakiś znak, jak może okazać Mu miłość. Wtedy usłyszał dzwonek, który nosili trędowaci, aby ostrzegać, że idą. Św. Franciszek poszedł wówczas za dźwiękiem dzwonka, podszedł do trędowatego i przytulił go. Ten doznał wówczas szoku, bo nie spodziewał się takiej reakcji, dotąd wszyscy odsuwali się od niego ze wstrętem.

Nie chcę powiedzieć, że papież powinien teraz iść między zarażonych. Chodzi mi jedynie o to, że decyzja wynikająca z troski o zdrowie wiernych może być odczytana zupełnie inaczej przez nich samych. Ci, nawet jeśli nie poczują się opuszczeni, mogą uznać, że jest to jakiś brak wiary we wspólnotową modlitwę, która czyni cuda. Papież słynący ze spektakularnych gestów tym razem wydaje się zachowawczy jak nigdy. Czyżby i jemu udzielił się strach?