Otóż firma ta prowadzi internetową sprzedaż biletów na połączenia autobusowe, których następnie nie realizuje. Oczywiście samo ograniczenie liczby połączeń jest w aktualnej sytuacji zrozumiałe i słuszne. Natomiast sprzedawanie biletów na nieistniejące połączenia, to rzecz bulwersująca ponieważ niczego nieświadomi pasażerowie przybywają na dworzec, na którym dowiadują się, że połączenie nie zostanie zrealizowane. Najpierw jadą najczęściej komunikacją zbiorową  na dworzec narażając nie potrzebnie siebie i innych pasażerów, potem przebywają na dworcu, który z racji swojej funkcji jest doskonałym miejscem dla "złapania" wirusa.

Na tym jednak nie koniec. Jeden ze zbulwersowanych pasażerów opisuje w jaki sposób został dziś potraktowany w analogicznej sytuacji na Dworcu Zachodnim. Kupił bilet przez internet żeby przy kasie nie narażać siebie i obsługi kasy, dotarł na dworzec, stanął na właściwym stanowisku odjazdu. Kiedy minęła pora odjazdu autobusu podszedł do rozkładu jazdy upewnić się czy autobus na pewno kursuje. Na tablicy nie było żadnej informacji o tym, że autobus nie kursuje, żadna informacja o odwołaniu nie została też zapowiedziana przez megafon. Po kwadransie postanowił pójść do punktu informacji. W okienku punktu  informacji stała kartka z napisem "zaraz wracam" więc poszedł do kas. Od kasjerki dowiedział się, że autobusu nie ma, poprosił więc o zwrot pieniędzy za bilet. Wtedy dowiedział się, że musi odczekać godzinę na zwrot pieniędzy. Wydało mu się to idiotyczne, żeby w tych warunkach niepotrzebnie przez godzinę przebywać na dworcu narażać się na zakażenie więc zapytał z czego wynika takie podejście do tej sytuacji. Nie doszły pasażer usłyszał dobrze znany większości polskiego społeczeństwa  urzędowy  slogan: "bo takie są przepisy".

Podirytowany  pasażer zacisnął zęby i przez godzinę "cieszył"się urokami obecności na Dworcu Zachodnim w Warszawie, opanowanym przez gołębie i ukraińskie reklamy. Po godzinie oczekiwania udał się po zwrot za bilet. Tym razem dowiedział się z okienka, że jednak pieniędzy nie odzyska w okienku dworcowym ponieważ kupił bilet przez internet więc musi starać się o odzyskanie pieniędzy również tą drogą. Oburzony  klient Polonusa  zapytał czemu godzinie wcześniej nie powiedziano mu, że musi tą drogą szukać możliwości odzyskania pieniędzy za przejazd, usłyszał że przecież nie powiedział, ze ma kupiony bilet za pośrednictwom internetu. Bareja wiecznie żywy -  chciałoby się powiedzieć, najpierw sugeruje się pasażerom kupowanie biletów przez internet, a kiedy ci stosują do zaleceń, to następnie nie informuje się ich zgodnie z wyznaczonym przez siebie kierunkiem postępowania  narażając na niepotrzebne zagrożenie. Zdenerwowany pasażer wrócił do domu gdzie złożył reklamację oczekując zwrotu pieniędzy, przeprosin oraz natychmiastowego zaprzestania sprzedaży biletów na nieistniejące połączenia. W odpowiedzi dowiedział się, że jego wniosek będzie rozpatrzony w ciągu 14 dni. Czternaście dnia oczekiwania na pieniądze za niezrealizowane z winy przewoźnika połączenie plus niepotrzebny ponad godzinny pobyt na dworcu oraz dojazd do niego. Skoro przewoźnik dotowany jest przez państwo  otwartym pozostaje pytanie oto czy za te nieistniejące kursy autobusów Polonus również otrzymuje pieniądze. Gdyby tak było, tłumaczyłoby to sens oferowania nieistniejących kursów.

Podobne spostrzeżenia i wnioski mają również pasażerowie  polskich kolei. Polscy przewoźnicy kolejowi i autokarowi w dalszym ciągu mentalnie są w głębokim PRLu. Może by tak zaangażować Instytut Pamięci Narodowej do zwalczania PRLu w zarządzanych przez  państwo PKP i PKS, skoro Ministerstwo Transportu sobie nie radzi?

Arkadiusz Miksa