Do tej pory obowiązywała ustawa pozwalająca na aborcję na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Obecnie czas zostaje przedłużony do 18 tygodnia. Skrócony jest także okres do zastanowienia się – z sześciu dni do 48 godz.. Projekt ustawy przewiduje także całkowitą depenalizację aborcji. W 2018 r. zniknęła ona z Kodeksu karnego, ale nadal są kary za złamanie przepisów. Teraz lekarz, który dokona zabiegu nawet po 18 tygodniach ciąży, nie będzie podlegał żadnej karze. Nie będzie także dostępna żadna informacja dla matek o pomocy finansowej i psychologicznej ani o możliwościach oddania dziecka do adopcji. Pomoc psychologa dostępna się stanie dopiero po zabiegu.

Do tej pory aborcja eugeniczna mogła być przeprowadzona jedynie w wypadku, gdy dziecko miało się urodzić z nieuleczalną chorobą lub wadą genetyczną, która nie dawała mu szans na przeżycie. Obecnie według nowelizacji, eugenika będzie dopuszczalna już wówczas gdy „istnieje podwyższone ryzyko występowania takich wad czy chorób według aktualnej wiedzy naukowej”.

Zmieni się także sposób zatrudniania lekarzy. Ci którzy powołują się na klauzulę sumienia, nie będą mogli być zatrudniani przez placówki medyczne. Kara od trzech miesięcy do roku więzienia oraz grzywna będzie groziła tym lekarzom, którzy podejmą „próby odwiedzenia kobiety od zabiegu usunięcia ciąży przez szerzenie fałszywych informacji”.

Autorami belgijskiej nowelizacji są socjaliści. Uważają oni, że usunięcie ciąży jest rutynowym zabiegiem i trzeba go traktować jako jedną z dostępnych usług medycznych. - Przestańmy traktować kobiety jak dzieci. Same wiedzą, czego chcą i kiedy tego chcą. Nie powinny mieć z tego powodu żadnego poczucia winy - dowodzi Eliane Tillieux jedna z autorek tej nowelizacji.

Ustawa ma już większość w parlamencie, bo popiera ją osiem partii. Oprócz socjalistów także liberałowie, Zieloni i inne frakcje.

Natomiast wielu lekarzy występuje przeciwko wprowadzeniu nowelizacji w życie. Ponad 750 podpisało petycję, w której mówi się, że nowelizacja może spowodować „rozwodnienie zasad etycznych” i „naruszenia niezbędnej równowagi między wolnością kobiety a troską o nienarodzone dziecko, które rozwija się w jej ciele”. Zwracają także uwagę, że wmawianie kobiecie iż aborcja jest naturalnym zabiegiem medycznym jest kłamstwem. 10 marca br. zespół ponad 2,5 tys. lekarzy zorganizował w Brukseli konferencję, na której domagano się wysłuchania ich przez deputowanych.

Jeszcze dalej w "prawach kobiet" poszedł gubernator stanu Nowy Jork. W styczniu 2019 r. wprowadzono tam ustawę, która liberalizuje prawo aborcyjne. Nowe przepisy pozwalają na zabicie dziecka do końca trwania ciąży. Nowy Jork uczcił to wydarzenie oświetlając na różowo (kolor kojarzony z feministkami) One World Trade Center i most Kościuszki. Od 2007 r. miejscowi demokraci starali się o ten przepis, ale byli blokowani przez miejscowy senat, który był zdominowany przez republikanów. W 2018 r. demokraci wygrali wybory do senatu. Nowe przepisy wprowadzają aborcję bez podania przyczyny do 24 tygodnia ciąży, a po tym terminie można zabiegu dokonać, gdy zdrowie matki jest zagrożone lub są podejrzenia do zdrowia dziecka. Nie ma precyzyjnych ustaleń i istnieje duża dowolność w interpretacji przepisów. Zabieg mogą wykonać położne i pielęgniarki. Burmistrz Nowego Jorku Bill De Blasio nazwał aborcję „świętym prawem kobiety”.

Podobne liberalne prawo ma Kanada. Tam od 1988 r. Można dokonać aborcji na żądanie do samego końca ciąży. Aborcja jest traktowana „jak każda inna procedura medyczna” a dziecko do 20 tygodnia ciąży jako „wydzielina z ciała”.

Kanada ma jednak pewien problem, a dotyczy to dzieci żywych urodzonych podczas zabiegu. W 2013 r. trzech konserwatywnych kanadyjskich posłów rozpoczęło w tej sprawie śledztwo. Odkryli, że ok. 50 dzieci co roku przeżywa zabieg aborcji. Posłowie nazwali to „morderstwem na masową skalę”. Dziennik „National Post” pisał, że między 2000 a 2009 r. „491 abortowanych płodów dawało oznaki życia w postaci bicia serca, oddychania, a czasami nawet płaczu”. Głos w tej sprawie zabrał przewodniczący Kanadyjskiego Towarzystwa Ginekologów dr Douglas Black. Stwierdził on, że płodom, które rodzą się żywe podczas zabiegu usuwania ciąży, „pozwala się następnie umrzeć, czasami w ramionach ich matek”.

Około 5 proc. aborcji następuje po 17 tygodniu ciąży, a na kilkadziesiąt tysięcy aborcji rocznie tylko kilkadziesiąt dzieci rodzi się żywe. Jeżeli płód ma niej niż 20 tygodni nigdzie nie jest udokumentowany, bo to „wydzielina”. Po 20 tygodniu taki płód jest rejestrowany jako ciąża obumarła. Lekarze, aby nie doprowadzać do urodzenia się takiego dziecka, zabijają je zastrzykiem w łonie matki. Jest to mniej stresujące dla personelu i mniej kłopotliwe pod względem prawnym.

Według kanadyjskiej blogerki pro-life Pat Maloney w Kanadzie, nie wliczając Quebecu, przeprowadzono w 2018 r. 910 późnych aborcji, po 20 tygodniu ciąży. W 150 przypadkach dziecko wyżyło. A w 20 przypadkach ciąża była bardzo zaawansowana. Najbardziej tragiczne jest to, że społeczeństwo kanadyjskie popiera w większości obecne nieludzkie prawo aborcyjne.

Iwona Galińska