O Nawalnym ostatnio zrobiło się bardzo głośno. Wszystko zaczęło się 22 sierpnia 2020 roku kiedy to w drodze powrotnej do Rosji stan działacza politycznego bardzo się pogorszył. Według lekarzy doszło bowiem do „zatrucia niezidentyfikowanym środkiem psychodysleptycznym". Z kolei jego współpracownicy byli pewni, iż został otruty.

W mediach na całym świecie pojawiło się mnóstwo informacji na ten temat. Wiele osób o otrucie Nawalnego oskarżało Rosję, jednakże były też takie osoby, które twierdziły, że nie ma żadnego konkretnego dowodu na rzekome otrucie.


Maria Zacharowa, która jest rzecznikiem rosyjskiego MSZ oskarżyła nawet Zachód o „rozwinięcie zmasowanej kampanii dezinformacyjnej wokół sytuacji z rosyjskim obywatelem Nawalnym.”


Nawalny leczony był w Niemczech, w berlińskiej klinice Charite. Niemiecki poseł z ramienia AFD – Gunnar Lindemann wystosował kilka zapytań do niemieckiego senatu ws. pobytu Nawalnego w Berlinie. Niestety odpowiedzi jakie uzyskał pozostawiają wiele do życzenia.


Lindemann jest oburzony. Z odpowiedzi Senatu na zapytanie posła wynika, iż pomimo tego, że leczenie Nawalnego dawno się zakończyło wciąż nie wystawiono faktury dotyczącej kosztów leczenia aktywisty politycznego. Co ciekawe Senat nie jest gotowy do udzielenia konkretnych informacji o tym, kto pokryje te koszty leczenia.


Jeszcze bardziej podejrzany jest fakt, iż Senat nie chce też odpowiadać na pytanie, kto organizuje i finansuje ochronę osobistą Nawalnego.


„Charakterystyczne dla ogólnej sytuacji jest to, że władze niemieckie do tej pory nie wykazały zaangażowania w wyjaśnienie rzekomego „zatrutego ataku” na pana Nawalnego we współpracy z władzami rosyjskimi”

- taką wiadomość możemy przeczytać na Facebooku posła.


Czy Nawalny był leczony z pieniędzy podatników? Czy rząd niemiecki ws. Nawalnego nie działa na korzyść Niemców?

-pyta także Lindemann.

Trzeba przyznać, że sprawa z pewnością nie jest do końca jasna, a odpowiedzi niemieckiego senatu na pytania posła tylko to potwierdzają.

Justyna Bilska