. Nawiasem mówiąc, właśnie ukazało się kolejne wydanie utworów Janusza Szpotańskiego, obejmujące zarówno “Gnoma”, czyli operę “Cisi i Gęgacze”, jak i inne utwory, których bohaterem był Władysław Gomułka, dalej - “Carycę i zwierciadło” oraz oczywiście - “Towarzysza Szmaciaka”. Zwracam na to uwagę, bo Janusz Szpotański został przez Władysława Gomułkę w marcu 1968 roku scharakteryzowany jako “człowiek o moralności alfonsa”, za za “Operę” dostał od niezawisłego sądu 3 lata więzienia. Podczas procesu zeznawała księżna Radziwiłłowa, która na pytanie, o czym śpiewał Janusz Szpotański odparła, że może on coś tam i śpiewał, ale ja nie zapamiętałam, bo to nie było o nikim z towarzystwa. Dzisiaj może jeszcze nie tkwimy tak głęboko w etapie surowosci, ale tylko patrzeć, jak za takie odzywki, jak księżnej Radziwiłłowej, która najwyraźniej wykroczyła przeciwko świętej zasadzie równości, niezawisłe sądy dostaną rozkaz, by sypać piękne wyroki, a Szpotański, oczywiście gdyby żył, to, już by pewnie nie wylazł z więzienia za “mowę nienawiści” - bo jak inaczej potraktować stwierdzenie, że “by człowiek był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem”? Skoro u Naszego Najważniejszego Sojusznika zapowiadana już jest walka z “ekstremistami” i “rasistami”, na razie w wojsku, ale potem i wśród głupich cywilów, to prędzej, czy później ta zaraza dojdzie i do nas. Więc pomyślmy chwilę; kto jest ekstremistą? Ekstremista, to człowiek, który trzyma się swoich poglądów. Na pozór nie byłoby w tym nic złego, ale sęk w tym, że ekstremiści mają poglądy niesłuszne, a nawet – głęboko, niesłuszne. A które poglądy są niesłuszne? To proste, jak budowa cepa; te, które nie są zgodne z aktualną linią partii, w awangardzie której była i jest żydokomuna.

Ta zbrodnicza brednia, która z sprawą żydokomuny rozrasta się, “jak grzyb trujący i pokrzywa”, mimo całej złowrogiej wymowy ma również niezamierzone elementy komiczne. Oto pewna pani, która podobno gra w brydża, doszła do wniosku, że to niedobrze, kiedy król bije damę. Wprawdzie dama bije waleta, więc może się w ten sposób odegrać za przemoc, jakiej doznaje ze strony króla, ale jeśli nawet, to przewaga króla nad damą urąga świętej zasadzie równości wszystkich 77 zidentyfikowanych dotychczas płci. Nawiasem mówiąc, Stanisław Cat-Mackiewicz twierdzi w “Herezjach i prawdach”, że karty do gry zostały wymyślone dla francuskiego króla Karola VI w czasie, gdy był wariatem. Ekstrawaganckie stroje, w jakie ubrani są królowie, damy i walety, to właśnie stroje z ówczesnej epoki. Król siedząc na schodach, grał w karty z żołnierzami ze swojej gwardii przybocznej – co dzisiaj mogłoby zostać uznane za prefigurację równości – ale średniowieczni ludzie nie byli tacy jednowymiarowi, jak ludzie współcześni. Kiedy Karol VI dostawał ataków furii, wówczas posyłano po jego bratową, żonę księcia Orleańskiego Walerię, pochodzącą z mediolańskiej rodziny Viscontich. Na widok Walerii król podobno natychmiast się uspokajał. Ponieważ królowa Izabela bała się z nim sypiać, to kładziono mu do łóżka panienkę, urodzoną w roku 1390 Odinettę de Champsdivers, która od roku 1405 została jego oficjalną metresą i po trosze – pielęgniarką. Dzisiaj za takowe psoty Karol VI zostałby zaciągnięty przed niezawisły sąd za pedofilię i nic by mu nie pomogły nawet jego żółte papiery – ale wtedy takiej pruderii, jak obecnie jeszsze nie było. “Dawniej ludzie mniej mieli kultury lecz byli szczersi” - twierdził Tadeusz Boy-Żeleński. Warto, by wzięła to pod uwagę moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, która uważa, że w Średniowieczu była większa ciemnota, niż teraz.

Wróćmy jednak ze Średniowiecza do współczesności. Otóż w imię świętej równości między wszystkimi 77 odkrytymi dotąd płciami, panienka-reformatorka zamiast królów, dam i waletów wprowadziła kolory: złoty, srebrny i brązowy. No, pięknie – ale czy te metale aby na pewno są sobie równe? Żeby się o tym przekonać, niech no ktoś spróbuje zamienić złotą sztabkę na srebrną, albo brązową. O ile przeżyłby ten eksperyment dzięki walczącym w szpitalu o jego życie doktorom, to mógłby nawet zostać oskarżony o oszustwo przed niezawisłym sądem. Okazuje się, że wprowadzenie równości do kart do gry nie jest taką prostą sprawą tym bardziej, że talii są jeszcze przecież karty nie figuratywne, tylko liczbowe. Jakże tedy dziesiątkę zrównać – dajmy na to – z trójką? Czy wtedy jakakolwiek gra byłaby jeszcze możliwa?

Od czego jednak jest nauka zwana jurysprudencją? Ona jest właśnie od tego, by takie wątpliwości, takie węzły gordyjskie rozcinać. Oto w roku 1991 weszła w życie ordynacja wyborcza, w której przewidziano pewne przywileje dla mniejszości niemieckiej. Nie byłoby może w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że wtedy nadal obowiązywała konstytucja PRL, do której wprawdzie wprowadzono pewne modyfikacje, ale utrzymano art. 81, stanowiący że jakakolwiek dyskryminacja albo uprzywilejowanie ze względu m.in. na przynależność narodową, podlega karze. Wystosowałem tedy pismo do Trybunału Konstytucyjnego, którego prezesem była wtedy pani prof. Ewa Łętowska, zwracając uwagę na tę sprzeczność. Po jakimś czasie otrzymałem z Trybunału przesiąkniętą fałszem i krętactwami odpowiedź, z której mogłem wydestylować zasadę, że “prawdziwa” równość obywateli wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. Okazuje się, że z równością jest tak samo, jak z wolnością, co już dawno zauważył Sławomir Mrożek, że “prawdziwa” wolność jest tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności.

Widzimy zatem, że dzięki jurysprudencji i wilk może być syty i owca cała. Wystarczy tylko zadekretować, że uprzywilejowanie w talii kart dziesiątki względem trójki nie jest żadnym naruszeniem zasady równości liczb, tylko własnie prawdziwą realizacją tej zasady. Myslę, że ten wynalazek warto zapamiętać, bo skoro już wchodzimy w etap surowości i pogrążamy się w szaleństwo, niczym francuski król Karol VI, to na pewno w niedalekiej przyszłości on nam się przyda.

Stanisław Michalkiewicz