Sytuacja ta miała miejsce np. w maju 2020 r., kiedy prezydent Trump napisał: „W razie jakichkolwiek trudności przejmiemy kontrolę, ale tam gdzie zaczyna się plądrowanie, zaczyna się strzelanie”. W ten sposób odniósł się do protestów i plądrowania sklepów po zabiciu przez policję czarnoskórego 46-letniego George’a Floyda. Trump zasugerował, że do akcji może wkroczyć wojsko. Mimo to Twitter uznał, że to Trump gloryfikuje przemoc. Administrator medium tak uzasadnił swoją cenzurę: „Ten tweet łamie nasze zasady dotyczące gloryfikacji przemocy ze względu na historyczny kontekst ostatniego zdania, jego związku z przemocą i ryzykiem, że może ono zainspirować podobne działania dzisiaj”.

Jeżeli prezydent jednego z najpotężniejszych państw świata nie ma prawa napisać, co uważa za stosowne w Internecie, a anonimowy administrator może w każdej chwili go ocenzurować, powołując się na ogólnikowy regulamin, to znaczy, że w mediach społecznościowych nie ma żadnej wolności. Iskierka nadziei, jaką była zapowiedź Trumpa, że nie pozwoli się kneblować i wyda odpowiednie rozporządzenia zgasła wraz ze zwycięstwem Bidena.

Stowarzyszenie Demagog, które jest „niezależnym weryfikatorem informacji”, współpracującym z Facebookiem, które ma przeciwdziałać tzw. fake newsom, działa m.in. dzięki dotacji z Fundacji im. Stefana Batorego, która została założona przez Georga Sorosa i ma na celu promować „społeczeństwo obywatelskie” w Polsce. Stowarzyszenie Demagog otrzymała grant od Fundacji Batorego w wysokości 141.400.00 zł. Drugim źródłem finansowania jest Ambasada USA („tylko” 12.000.00 $). Okazuje się więc, że rząd amerykański decyduje o tym, co Polacy mają prawo czytać. Trzecim i największym źródłem jest Fundusz Inicjatyw Obywatelskich (FIO), który podlega pod Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego – 275.600.00 zł. Już te źródła finansowe pokazują, że w żaden sposób nie jest to niezależna organizacja.

Co więcej, kiedy przeanalizuje się treści, które okazują się fake newsami według Demagoga i innych podobnych organizacji to okazuje się, że prawie zawsze chodzi o treści prawicowe, katolickie, antylewicowe i antyliberalne. Podawana argumentacja często nie wytrzymuje krytyki, jest nierzetelna, nieobiektywna i służy jedynie promowaniu ideologii i kneblowaniu niepokornych.

Ktoś może jednak pomyśleć, że jeśli nie zajmuje się polityką i religią, nie porusza kontrowersyjnych treści, to nic mu nie grozi. Tak jednak nie jest, o czym świadczą co i rusz pojawiające się doniesienia o zablokowanych kontach z powodów niezrozumiałych, błahych, nielogicznych. Czasami jest to wpływ donosów osób, którym się dane treści nie podobają, czasami chodzi o użyte słowa kluczowe, albo o naruszenie praw autorskich, co jednak często okazuje się naciąganym zarzutem.

Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy jego kanał zostanie zablokowany, a on straci źródło dochodu. Każdy musi pamiętać, że uzależniając się od mediów społecznościowych, uzależnia się od wielkich koncernów i ich polityki, która się zmienia.

Swoboda działań nawet stricte rozrywkowych czy gospodarczych i ich przewidywalne skutki, nie istnieją w mediach społecznościowych. Tysiące firm w Polsce zainwestowało pieniądze (poprzez zatrudnienie odpowiednich ludzi) i czas w to, aby zdobyć polubienia na swoich profilach na Facebooku. Dawniej bowiem, jak ktoś polubił daną stronę, regularnie otrzymywał od niej treści, o ile takie się pojawiały. Przekładało się to na zyski firmy. W pewnym momencie jednak Facebook uznał, że za mało z tego ma i zaczął promować usługę wykupywania reklam. Aby ją rozpowszechnić, ograniczył istniejące zasięgi, co oznacza, że tysiące ludzi może lubić naszą stronę, a jednak nie znaczy to, że widzą, co publikujemy. To spowodowało, że wieloletnie starania okazały się w jednej chwili niewiele warte.

Nie można mieć żadnego zaufania do właścicieli mediów społecznościowych, którzy wciąż zmieniają reguły działania pod swoim kątem, byle móc zarobić więcej i więcej. Tutaj odgrywają rolę także względy ideologiczne. Facebook, YouTube czy Twitter nie wyświetlają często treści uznanych przez siebie za „niepożądane”, albo wyświetlają je znacznie rzadziej. Okazuje się więc, że co z tego, że 100 tys. ludzi postanowiło oglądać jakiś kanał, skoro i tak niewielu z nich otrzyma powiadomienia o nowych wpisach czy filmach.