W książce “Historia medycyny SS” przedstawione zostało wyliczenie korzyści, jakie Rzesza uzyskiwała z jednego więźnia obozu koncentracyjnego. Było to – o ile pamiętam – mniej, niż 5 marek, chociaż wliczono w to takie pozycje, jak “dochód z utylizacji zwłok”. Ciekawe, że podobna sytuacja panowała w sowieckim GUŁ-agu, o czym pisze w swojej książce “GUŁ-ag”, pani Anna Applebaum, żona Księcia-Małżonka. Właściwie w GUŁ-agu było gorzej, bo o ile Rzesza jakieś – małe, bo małe – korzyści z jednego więźnia jednak uzyskiwała, to sowieckie łagry były – jak zresztą cała ówczesna sowiecka gospodarka – deficytowe. Nie pomógł nawet wynaleziony przez Naftalego Aronowicza Frenkla tzw. “system kotłów”, to znaczy – uzależnienie racji żywnościowej od wykonania normy. Na przykład najlepszy, tzw. “stachanowski” kocioł, wydawał się korzystniejszy, ale był to pozór, bo żeby wykonać stachanowską normę, trzeba było wydatkować znacznie więcej energii, niż dostarczał posiłek i – jak pisze Aleksander Sołżenicyn – amatorzy stachanowskiego kotła najszybciej umierali. W ogóle warto by opracować naukowo wkład Żydów zarówno w położenie fundamentów pod komunizm, jak również ich wkład w stworzenie aparatu terroru i uczestnictwo w ludobójstwie. Dlaczego tylko hitlerowcy mają być uprzywilejowani, skoro inni też, a może nawet jeszcze bardziej się zasłużyli?

Po wojnie nastał nowy etap, a wraz z nim – nowe mądrości. Organizatorzy powojennego ładu zrozumieli, że doły z wapnem to ślepa uliczka, że to nie jest interes, bo lepszym interesem jest pozostawienie przyszłych ofiar przy życiu, by można było eksploatować je przez całe dziesięciolecia, a mydło zrobić dopiero po naturalnej śmierci, na przykład – wskutek epidemii. Dlatego – chociaż epidemie w zasadzie stanowią dobre narzędzie w budowaniu lepszego świata – trzeba uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą. Taki na przykład znakomicie ukorzeniony prof. Paweł Erhlich z Pensylwanii uważa, że powinno się zostawić przynajmniej miliard osobników, właśnie żeby było komu pożyczać na procent, więc i takiego narzędzia, jak epidemia, też trzeba używać z rozwagą. Stąd z jednej strony mutacje zbrodniczego koronawirusa mnożą się, jak króliki, ale z drugiej – rozwija się akcja szczepionkowa, będącą – jak wiadomo – wstępem do segregacji sanitarnej, żeby praworządnych obywateli odizolować od – jak nazwała ich przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska - takich, co uważają szczepionki za wymysł Szatana. Oczywiście nie mają racji - jak zresztą we wszystkim, co mówią - bo to nie wymysł żadnego “Szatana”, tylko koncernów farmaceutycznych. Jakie profity miałby Szatan ze szczepionki? Żadnych – bo o ile mi wiadomo, w Piekle, podobnie zresztą, jak w Niebie, żadna z kursujących na świecie walut nie jest używana. Tymczasem koncerny farmaceutyczne, to co innego. Okazało się bowiem, że na przykład koszt produkcji jednej fiolki szczepionki Pfizer nie przekracza 50 centów, ale wrażliwe społecznie rządy płacą za nie już 10 razy więcej. Skoro tedy poważni ludzie zainwestowali w ten interes poważne pieniądze, to nie ma rady - epidemia skończy się, kiedy będzie trzeba.

Nieboszczyka nie ma co szczepić, bo już nic mu nie pomoże, więc widzimy, że nie ma z niego żadnego pożytku. Ale od tej zasady – jak zresztą od każdej innej – są wyjątki. Właśnie mamy całkiem świeży przykład, ile korzyści, zwłaszcza politycznych i propagandowych, można uzyskać z nieboszczyka. Oto w szpitalu w Pszczynie, wskutek komplikacji okołoporodowych, zmarła kobieta imieniem Iza. Postępactwo rzuciło się na nią z żarłocznością hien, bo taka nieboszczka nic już nie powie, toteż można włożyć jej w usta wszystko, przede wszystkim – pryncypialne oskarżenie przeciwników aborcji o sprawstwo tej śmierci, nie tyle może kierownicze, co ideowe. Wprawdzie w kodeksie karnym jest opisany stan wyższej konieczności, kiedy to poświęca się jakieś dobro, by ratować inne, ale kto by tam wchodził w takie szczegóły, które zresztą mogłyby okazać się zbyt trudne do zrozumienia przez “młodych, wykształconych, z wielkich miast”, którzy wiedzą, że cztery nogi dobre, dwie nogi złe i całkowicie wystarcza im to nie tylko do normalnego funkcjonowania, ale nawet – do odrywania roli awangardy. Dlatego i Donald Tusk, którego Nasza Złota Pani przysłała tu z misją, by zagospodarował podarowane jej przez prezydenta Józia Bidena Lebensraum, skwapliwie korzysta z okazji, by odpowiedzialnością za tę śmierć obciążyć “religijną sektę”, która zuchwale próbuje sprzeciwiać się nieubłaganemu postępowi. Wprawdzie początkowo skarcił Wielce Czcigodnego posła Nitrasa za odgrażanie się, że członkom “religijnej sekty” będzie to, i owo “odpiłowywał” - ale to było na poprzednim etapie, a dar Niebios w postaci wspomnianej śmierci, mądrości tamtego etapu całkowicie unieważnia.

Tymczasem na granicy białorusko-polskiej po staremu, to znaczy – niezupełnie, bo właśnie rząd “dobrej zmiany” ogłosił rozpoczęcia budowy 180-kilometrowego muru – oczywiście z pominięciem żmudnych procedur przetargowych, jako że periculum in mora. Prezydent Łukaszenka w oczach naszych mężyków stanu nie uchodzi za orła, podobnie jak zimny ruski czekista Putin – ale to właśnie oni potrafili wykorzystać polski rząd, by z własnej inicjatywy i za pieniądze polskich podatników, w ten sposób zaznaczył przebieg linii Ribbentrop-Mołotow. A dlaczego? A dlatego, że tubylczy rząd też ma tu swoje widoki, nie tylko ekonomiczne, ale i polityczne, prezentując się w charakterze obrońcy naszych polskich granic – o czym śpiewamy z harcerskiej piosence. Znakomicie ułatwiają mu to kobiety o wrażliwych serduszkach, do których niewątpliwie należy pani Barbara Kurdej-Szatan. Nagrała scenę, jak to wędrowne kobiety z dziećmi na rękach “szarpią się” z funkcjonariuszami Straży Granicznej. Tak to nią wstrząsnęło, że zaczęła “ryczeć” w następujących słowach: “K...wa! K...wa! Co tam się dzieje! (…) Boli mnie serce, boli mnie cała klatka piersiowa, trzęsę się i ryczę!!! Mordercy!!!. Widać wyraźnie, że pani Barbara nie tylko do wojska, ale nawet do Straży Granicznej się nie nadaje, podobnie jak komisarka UE do spraw zagranicznych, która w apogeum kryzysu migracyjnego zwyczajnie się rozbeczała. No dobrze, na szczęście nie musi, chociaż nie od rzeczy będzie zauważyć, ze w takim razie te przerażające czynności musi za nią wykonywać ktoś inny, podobnie jak zapytać, dlaczego właściwie te kobiety z dziećmi z funkcjonariuszami Straży Granicznej się “szarpią”? Czy przypadkiem nie dlatego, że tym funkcjonariuszom zakazano używania posiadanej przecież broni? Gdyby zrobili z niej użytek, to z pewnością nikt by się z nimi nie “szarpał”, a poza tym – kto wie? - może nie trzeba by wcale budować muru na linii Ribbentrop-Mołotow? No tak – ale wtedy ani pani Barbara nie mogłaby pochwalić się wstrząsającymi nagraniami i własną wrażliwością, no a rząd nie miałby z tego ani korzyści politycznych, ani ekonomicznych. Ta sytuacja pokazuje, że z żywych jest więcej pożytku, niż z nieboszczyków, chociaż od tej zasady – jak zresztą od każdej – zdarzają się wyjątki.

Stanisław Michalkiewicz