Według wszelkich dostępnych publicznie i oficjalnie danych, preparat na koronawirusa nie jest bezpieczny. Wielokrotnie już donoszono o hospitalizacjach i zgonach po jego przyjęciu. Choć wielkie media zawsze zaraz po śmierci podkreślają wielokrotnie, że „nie ma dowodów na to, że śmierć spowodowana jest szczepionką”.

Tak przy okazji należy podkreślić, że samo nazywanie preparatów od kilku globalnych koncernów „szczepionką” jest nadużyciem. W państwach Unii Europejskiej sprzedawane one są wyłącznie na warunkowym dopuszczeniu do obrotu. Według wstępnych terminów, badania mają zakończyć się najwcześniej w przyszłym roku.

Co do skuteczności szprycy – tu także jest wiele punktów, które podważają te określenie. Przede wszystkim, relatywnie dużo osób hospitalizowanych oficjalnie z powodu Covid-19 to osoby w pełni naszprycowane. Zależnie od placówek, zdarzało się nawet, że połowa hospitalizacji w danej placówce z powodu choroby koronawirusowej dotyczyła ukłutych. Często zaś obecnie mówi się o 30 proc.. Jak na preparat mający chronić przed ciężkim przebiegiem, nie jest to zbyt skuteczny wynik.

Najbardziej jednak w mit o rzekomej skuteczności preparatu uderzyli sami pracownicy koncernów. Na przełomie września i października dziennikarze śledczy z Project Veritas opublikowali rozmowy z pracownikami koncernów Pfizer oraz Johnson&Johnson. Nagrania wykonano z ukrytej kamery, zaś pracownicy koncernów nie wiedzieli, że są nagrywani.

Rahul Khandke, naukowiec Pfizera ujawnił, że choć na świecie narzuca się narrację, że przyjęcie preparatu na koronawirusa jest „bezpieczniejsze, niż zachorowanie na Covid-19”, to niekoniecznie jest to prawda. Inny pracownik tego koncernu, Chris Croce ocenił, że człowiek zdobywa większą i dłuższą odporność na problemy związane z koronawirusem, gdy się nim zakazi, niż jeśli przyjmie szprycę. Podkreślił też, że – jego zdaniem – tzw. wariant delta koronawirusa nie tyle jest bardziej zaraźliwy, co po prostu wiele osób obniżyło sobie odporność przez aplikację nieprzebadanych preparatów.

– Osoby zaszczepione wciąż są chronione, ale nie mają tej 95-cio proc. odporności a bardziej 70 proc. – powiedział Croce w nagraniu z ukrytej kamery.

 

 

 

 

A skoro już o odporności mowa, to podkreślić należy, że dane są straszliwie zmanipulowane na korzyść covidianizmu. Pisał o tym dr Piotr Witczak, biolog medyczny i immunolog. Przywołał popularny do niedawna w sieci wykres, wedle którego osoby w pełni zaszprycowane stanowiły do około 0,005 proc. hospitalizowanych na Covid-19, w przeciwieństwie do osób czystych. Jak się okazało, wykres zawierał sporo manipulacji. Po pierwsze, jeśli miałeś tylko jedną dawkę, uchodziłeś w statystyce za „niezaszczepionego”. Po drugie – nawet jeśli przyjąłeś dwie dawki szprycy, a do szpitala trafiłeś w ciągu dwóch tygodni od drugiego strzału, wówczas w tej statystyce… także zostałeś uznany za niezaszczepionego! Założeń w wykresie budzących kontrowersje było znacznie więcej.

Co ważne, portale rzekomo weryfikujące prawdziwość – którym już wielokrotnie wykazywano stronniczość, a nie faktyczne poszukiwanie prawdy – pilnie pracują nad wyszukiwaniem myślozbrodni w mediach społecznościowych – jak zapewne ten tekst – podważających narrację, że jedynym ratunkiem dla ludzkości i świata jest szpryca. A gdy ktoś zadaje pytania – trzeba koniecznie nazwać go „foliarzem”. To także wskazuje, że coś jest nie tak ze skutecznością i nie tyle koncerny chcą bronić faktów, co dusić krytykę w sferze publicznej.

Obecnie zaś kolejni rządowi i prorządowi urzędnicy przyznają, że jest wiele niejasności w kwestii szprycy. Wczoraj w „Śniadaniu Rymanowskiego” w „Interii” prof. Andrzej Zybertowicz wprost przyznał, że przyjęcie strzału nieprzebadanego preparatu na koronawirusa to „ryzyko”. Poparł też w jakimś stopniu segregację sanitarną.

Co prawda ocenił, że obowiązkowego szprycowania nie powinno być „ze względu na długofalowe konsekwencje, które nie są znane”. Jednak „powinny być jakieś formy premii dla tych, którzy podjęli ryzyko zaszczepienia się”.

Czy warto podejmować takie ryzyko? Moim zdaniem to kwestia indywidualna każdego człowieka. Czy wolno jednak „premiować” takie osoby, czyli de facto dyskryminować innych? Oczywiście, że nie. Jest to moralnie niegodziwe, zaś prawnie nieuzasadnione. Poza tym już zaszprycowani otrzymali premię w postaci sfinansowania przez państwo – czyli z pieniędzy odebranych nam wszystkim w podatkach – ich „szczepienia”.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że przynajmniej część rządzących powoli szykuje nas po prostu na kolejny lockdown lub nawet na wariant austriacki, gdzie – zgodnie z duchem ichniego najsłynniejszego akwarelisty w historii narodu – wprowadzono totalitarną opcję sanitaryzmu, z nadciągającym przymusowym szprycowaniem nieprzebadanym preparatem.

Czy pozwolimy na coś takiego u siebie? Oby nie.

Dominik Cwikła

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube