Czasami niepotrzebne są nawet żadne sądy, bo zwyczajny, poczciwy, tradycyjny szantaż wystarczy. Oczywiście nie w każdym przypadku, co to, to nie – ale wtedy, gdy szantażysta dysponuje wpływami wśród możnych tego świata, a zwłaszcza – gdy tych możnych wytrzepuje tuzinami z banana. Wtedy taki szantażowany ulega szantażyście, bo straty, na jakie może go narazić gniew puszczonych w ruch możnych, z reguły bywają większe, niż ewentualny rabunek. Tak było np. w przypadku banków szwajcarskich, od których organizacje żydowskie zażądały pewnego dnia przekazania im zawartości tzw. “martwych kont”. Chodziło o konta, które w bankach szwajcarskich zakładali sobie przed II wojną światową liczni Żydzi, których potem wymordowali Niem... to znaczy, pardon – jacy tam znowu “Niemcy”, kiedy przecież Niemcy są wyłącznie dobrzy, natomiast źli byli tylko “naziści”, których – podobnie jak prawdziwych Cyganów – już nie ma, chyba, że w Rosji, albo na Ukrainie – bo teraz i jedni i drudzy wymyślają sobie nawzajem od “nazistów”. To słowo, podobnie jak “faszysta”, nie oznacza już jegomościa wyznającego konkretną ideologię, a tylko epitet, chętnie używany w braku merytorycznych argumentów. Spotkałem się z takim podejściem podczas dysputy w rządowej telewizji. Dyskutanci obrzucali swoich przeciwników epitetami w rodzaju “nazistów” i “faszystów”, najwyraźniej nie rozumiejąc ich znaczenia. Zaproponowałem tedy, by odwołać się do klasyka, tzn. – Benita Mussoliniego, który faszyzm wynalazł, więc na pewno wiedział, o co chodzi. Jak wiadomo, Mussolini w krótkich żołnierskich słowach wyraził istotę faszyzmu: “wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Wynika z tego, że poza państwem nie ma życia. Poza “państwem” - a więc poza ramami wyznaczonymi przez biurokratyczny gang – bo niezależnie od rewolucyjnej teorii, według rewolucyjnej praktyki, to zawsze on jest “państwem”. Nietrudno wyciągnąć z tego wniosek, że “państwu”, czyli wspomnianemu gangowi, wszystko wolno – i to przekonanie stanowi istotę faszyzmu. Skoro tak, to widzimy, że faszyzm zwyciężył, bo chociaż dzisiaj wszyscy, szczerze lub nieszczerze, powołują się na “demokrację”, czy “państwo prawne”, to w głębi duszy są faszystami, ponieważ ideologia ta u większości współczesnych ludzi zeszła już do poziomu instynktów.

Wracając do szwajcarskich bankierów, to początkowo uznali oni roszczenia o wydanie organizacjom żydowskim pieniędzy zgromadzonych przez zupełnie innych Żydów na “martwych kontach” za absurdalne – ale kiedy Stany Zjednoczone zagroziły Szwajcarii sankcjami, to nie tylko ulegli szantażowi, ale nawet przekazali szantażystom sumę znacznie większą od pierwotnej, bo – jak zauważyli wymowni Francuzi - “l`appetit vient en mangeant”, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ten przykład skuteczności zachęcił inne osoby, a nawet całe środowiska do wydobywania szmalu i w ten sposób, obok przemysłu holokaustu, powstał przemysł molestowania. Dojrzała matrona, albo pan w sile wieku, przyciśnięty finansową potrzebą, nagle przypomina sobie, że przed wielu, wielu laty, jakiś majętny jegomość włożył rękę pod spódnicę, albo w rozporek, alarmuje niezawisły sąd i w ten sposób rozwiązuje sobie problemy socjalne. Gołodupców dlaczegoś nie pozywają, być może dlatego, że taki jeden z drugim gołodupiec, jeśli już molestuje, to – że tak powiem – na własną rękę, no a poza tym, z niego żadnego szmalu się nie wydostanie, jako że ex nihilo nihil fit.

Na wszelki wypadek, w obawie przed pojawieniem się jeszcze innej gałęzi przemysłu, po rozum do głowy poszły środowiska banksterskie. Przy okazji epidemii postawiły na instynkt samozachowawczy i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Miliardy ludzi pozwoliły robić ze sobą co tylko promotorom epidemii przyszło do głowy, również dzięki temu, że biurokratyczne gangi też zwęszyły tutaj szmalec, na wszelki wypadek forsując “bezkarność plus”, co zapewniło możliwość wykorzystania państwowego monopolu na przemoc. Ale epidemia nie może trwać wiecznie, bo zbytnie jej przeciąganie mogłoby rykoszetem uderzyć również w banksterów. Zatem na wypadek, gdy już pretekst epidemii przestanie już tak silnie oddziaływać na instynkt samozachowawczy, banksterzy i biurokratyczne gangi nieubłaganym palcem wskazały nowego wroga postępowej ludzkości w postaci klimatu. Skierowanie uwagi, zwłaszcza młodych ludzi, na walkę ze “zmianami klimatycznymi” odwraca ich uwagę od banksterów, dzięki czemu mogą oni, w zmowie z wrażliwymi społecznie rządami, wciągać ich w coraz głębszą niewolę bez żadnego z ich strony sprzeciwu, ani nawet – żadnych podejrzeń. Ubocznym skutkiem tego zabiegu są warunki dla rozwoju nowej gałęzi przemysłu, że tak powiem - “klimatycznego”.

W ramach programu pilotażowego jakaś celebrytka skutecznie pozwała władzę za zmuszanie jej do oddychania zanieczyszczonym powietrzem. Władzom to oczywiście nic nie szkodzi, bo przecież nie płacą odszkodowań ze swojej kieszeni, tylko z kieszeni podatników, a poza tym na konto niezawisłych sądów płyną dochody z opłat. I właśnie odbył się w Polsce pierwszy “proces klimatyczny”. Pani z Podlasia pozwała naszą ukochaną Ojczyznę za szkody, jakich doświadcza z powodu złowrogiego klimatu z którym państwo walczy opieszale i nieskutecznie. Okazuje się, że pogoda utrudnia jej prowadzenie działalności gospodarczej, podobnie jak baletnicy zawadza rąbek spódnicy. Konkretnie chodzi o to, że jak spadnie ulewny deszcz, to koło jej domu woda deszczowa spływa w postaci “rwącego potoku”. “W sprawie ochrony klimatu zawiodło państwo, ale to ja ponoszę koszty. Boję się podtopień.” - powiedziała. Co prawda nie bardzo wiadomo, co konkretnie państwo powinno zrobić; czy rozpiąć parasol ochronny nad miejscowością, w której poszkodowana mieszka, czy może przenieść jej dom w miejsce, gdzie żaden “rwący potok” nie pojawi się nawet w przypadku oberwania chmury, czy wreszcie – sypnąć złotem zrabowanym uprzednio od podatników. Jak się bowiem przy tej okazji dowiedzieliśmy – “każdy obywatel ma prawo do stabilnego i przewidywalnego klimatu” tak samo, jak obywatel Związku Radzieckiego za Leonida Breżniewa miał zagwarantowane w konstytucji prawo do jazdy metrem. Tak w każdym razie uważa pani Ilona Jędrasik, kierująca programem “Infrastruktura Paliw Kopalnych w Polsce, w ramach Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi”. W Radzie programowej tej Fundacji zasiada m.in. pan Adam Bodnar, przedtem zatrudniony na operetkowej posadzie “rzecznika praw obywatelskich”, więc w wojnie z klimatem na pewno zwyciężymy.

Stanisław Michalkiewicz