Dominik Cwikła: Prawica w Polsce nie zwraca na co dzień uwagi na kwestie kultury, choć zdawać by się mogło, że powinna robić to ze szczególną uwagą. Skąd, Pana zdaniem, wzięło się takie zaniedbanie?

Adrian Nikiel: Myślę, że nie ma jednej przyczyny i prostej odpowiedzi na Pańskie pytanie. Jako wspólnota narodowa padliśmy niewątpliwie ofiarą rewolucji kulturowej, którą na ziemiach polskich niósł socjalizm – zarówno międzynarodowy, jak i narodowy. Ponieśliśmy ogromne straty w sferze materialnej, rozproszona została warstwa przodkująca, będąca naturalnym punktem odniesienia i wzorcem dla osób pozostających w sferze jej oddziaływania. Sztuka z definicji jest dziełem warstwy przodkującej, dysponującej pieniędzmi i kapitałem społecznym. Twórczość, również ludowa, ze swojej natury jest wzniosła. Naród zaś pozbawiono elity: częściowo wymordowanej, częściowo ratującej się na emigracji lub szukającej dla siebie niszy wśród absurdów tzw. Polski Ludowej. Mam na myśli zarówno arystokrację, ziemiaństwo oraz szlachtę, jak i elitę naukową.

Do głosu doszli barbarzyńcy, którym uroiło się, że są w stanie stworzyć „nowego człowieka”. Jednak to „tworzenie” rozpoczęło się przecież od grabieży i jeszcze gorszych od grabieży aktów wandalizmu. Nie chodziło o to, aby coś ukraść i mieć z tego korzyść, lecz o satysfakcję z unicestwiania wszystkiego, co piękne – szczególnie zaś śladów „pańskiej Polski” lub np. „pruskiego zaborcy”. Później mamy dekady cenzury, która deformowała rodzimą kulturę. Owszem, komuniści walczyli z analfabetyzmem, lecz czynili to przede wszystkim po to, aby dotychczasowi analfabeci sprawniej przyswajali bolszewicką politgramotę. W tym samym czasie kultura i sztuka były traktowane jak sfery, które muszą pozostawać pod kontrolą i „na garnuszku” urzędników. O „państwowe” – jak dowodzą losy wielu nieistniejących dziś zabytków – oczywiście nikt nie dbał. Były obiekty, które w dobrym stanie przetrwały II wojnę światową, lecz nie przetrwały Polski Ludowej – wyburzenia prowadzono też w latach III RP.

Prawica w Polsce jest zaś dzieckiem swojego czasu. Jest to prawica kraju nadal wydobywającego się z biedy, po doświadczeniach PRL nieufna wobec instytucji państwowych (i trudno się temu dziwić), a równocześnie niedysponująca środkami, które mogłyby stać się fundamentem dla prywatnego, długofalowego, przemyślanego mecenatu. Poza tym demokracja, o której kiedyś pisałem, że „zabija wszystko”, przekłada się na stosunek do kultury. Dziś jest ona kojarzona z uwikłaniem w spory współczesnych polskich neojakobinów z neożyrondystami. Artyści, którzy nie chcą określić się, do jakiej frakcji demokratów należą, lub nie zamierzają wpisywać się w modne trendy, nie korzystają z grantów i innych form instytucjonalnej obróbki – od razu budzą nieufność albo wypadają z machiny promocyjnej. W tych warunkach trudno mówić o wolnym rynku sztuki.

Myślę, że na prawicy mamy nadal nieprzepracowaną kwestię czegoś, co roboczo nazwałbym stykiem własności prywatnej (i konieczności reprywatyzacji lub odszkodowań dla prawowitych właścicieli) z wymogami ochrony zabytków i innych dóbr kultury. Nie przemyśleliśmy tego, czy i w jakim zakresie niezbędne jest wsparcie ze strony urzędników, którzy kryją się za bezosobowym terminem „państwo”. Co dziś znaczy zasada pomocniczości? Czy istnieje jakiś „złoty środek” w tym swoistym trójkącie, czy też żadnego „złotego środka” nie ma? Nie znam poważnych publikacji na ten temat, które odnosiłyby się do współczesnej Polski.

Oczywiście chciałbym, aby polska kultura była niezależna od zmieniających się ekip rządowych i innych grup nacisku. Trzeba pamiętać, że minister, obsypujący swoich wybrańców milionami, nie jest władcą czy mecenasem, lecz wyłącznie sługą wynajętym do wypełniania określonych zadań. W tym zaś kontekście: sługą rozkradającym cudzy majątek. Jeszcze bardziej zaś należy pamiętać, że kroplówka z pieniędzmi zabranymi podatnikom trwale uzależnia. Czy przyzwyczajony do wygód artysta zaryzykuje działanie, które sprawi, że minister czy inny decydent zmarszczą brwi i odmówią przyznania kolejnej dotacji?

Czy kultura wpływa na idee oraz ludzkie postawy? 

Żadna wspólnota nie może powstać i istnieć bez kultury. Nie można wyobrazić sobie Kościoła świętego, który niosąc Dobrą Nowinę, nie korzystałby z dóbr kultury. Zaryzykowałbym twierdzenie, że właśnie kultura czyni nas ludźmi. Kiedy Karol Maurras pisał, że jest Rzymianinem, czyli człowiekiem, miał przecież na myśli wielowiekowe i wielopokoleniowe oddziaływanie kultury, a nie miejsce urodzenia czy pochodzenie etniczne. W kulturze poszukujemy prawdy, dobra i piękna – idee zatem nie fruwają w powietrzu, tylko wzrastają w pewnej rzeczywistości. Ta ostatnia zaś jest kształtowana przez dzieła kultury i związane z nią symbole. Symboli z kolei używamy, objaśniając idee. Tu od razu na myśl przychodzi mi przesycona duchem Kontrreformacji wystawa dzieł stworzonych w Wicekrólestwie Peru, z którą kilka lat temu mogliśmy obcować w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Tysiące kilometrów od Polski, ale przecież ta sama cywilizacja, ta sama wiara Chrystusowa. Wielka, naprawdę fascynująca rzecz – łącznie z obrazem, który stworzony już w dziewiętnastowiecznym Peru, był (przynajmniej moim zdaniem) proroczą wizją rewolucji w Kościele. Tej rewolucji, która zaczęła się po śmierci papieża Piusa XII.

Człowiek pozbawiony kultury, odcięty od możliwości tworzenia, czyli de facto – myślenia o tym, co jest ponad nami, to byt, który nawet trudno sobie wyobrazić – również dlatego, że bardzo szybko umarłby z nudów.

Jak wiemy z najnowszej wystawy we wrocławskim Muzeum Etnograficznym – nawet święte obrazki mogą być świadectwem swoich czasów, a usystematyzowane w zbiorze i opatrzone aparatem krytycznym, stają się bezcennym źródłem wiedzy o kulturze.

A czy wpływ na człowieka ma również architektura? 

Tak, o tym doskonale wiedzą totalitaryści, zawsze chętni do burzenia śladów przeszłości i niwelowania wszystkiego, co wystaje ponad przeciętność. Miłośnicy urawniłowki, wrogowie ornamentu, nadzorcy kultury wiedzą, że idealną demokrację można realizować tam, gdzie współistnieją dwa główne elementy przestrzeni publicznej – monotonne blokowiska, często bliskie już klatkom dla ludzi, oraz gigantyczne obiekty rządowe, czyli parodia Olimpu dla samozwańczych bożków. Aby współtworzyć kulturę, trzeba mieć przestrzeń i czas na myślenie. Codzienna walka o byt temu nie sprzyja.

Jak więc można to Pana zdaniem zmienić? Co zrobić, aby kwestia kultury powróciła i mocno się zakorzeniła w środowiskach prawicowych na każdy dzień?

Nie chciałbym udzielać rad, ale mogę podzielić się paroma informacjami o własnej „pracy u podstaw”. Właściwie od początku działalności Portalu Legitymistycznego uznaliśmy, że kultura i sztuka muszą być na nim obecne. I to nie jedynie w wydaniu „prawicowym”, „tożsamościowym” czy z dodaniem innych przymiotników, tylko taka, która z punktu widzenia współtwórców Portalu będzie po prostu interesująca, również bez egzaminowania artystów czy innych twórców z poglądów. Legitymizm nie ma przecież charakteru partyjnego – jeśli szczęście będzie nam dopisywało, wówczas wszyscy będziemy poddanymi króla. Każdy może przyłączyć się do legitymizmu.
Z takim nastawieniem nawiązywaliśmy kontakty z najważniejszymi instytucjami i promotorami kultury w Polsce. Pamiętamy też o niezależnych galeriach. Nie robimy niczego wielkiego: po prostu jesteśmy obecni na ważnych wydarzeniach, informujemy o nich, wskazujemy na wystawy, koncerty czy np. spacery tematyczne, które – jak myślimy – powinny zainteresować ludzi autentycznej prawicy. Dość często na Portalu pojawiają się recenzje. To nie jest nic wyjątkowego, ale wypełniamy białą plamę. Dzięki legitymizm.org każdy reakcjonista może się dowiedzieć, co ciekawego dzieje się w rodzimej kulturze. Oczywiście nie jest nam obca międzynarodowa przestrzeń sztuki. Jak Pan wie, od wielu lat lansuję pogląd, że Polacy powinni poznawać kraje Północy. Dla mnie to jest coś na wzór dawnego szlacheckiego „grand tour”. Odmienność Północy od tego, co na co dzień widzimy za oknem, może być bardzo odświeżająca i inspirująca.

Podsumowując: tam, gdzie ludzie są skłonni do tworzenia, gdzie działają wybitne jednostki, tam również rośnie dobrobyt. Rozwój kultury ma zawsze pozytywny wpływ na wskaźniki ekonomiczne. I niech to będzie mój ostatni argument, jeśli inne kogoś jeszcze nie przekonały.

A jeśli ktoś z Czytelników portalu Prawy.pl chciał zobaczyć, jak przejawia się obecność OMP w życiu kulturalnym Polski, przynajmniej w skali lokalnej, zapraszam do Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu, gdzie 24 listopada o godz. 18.00 odbędzie się zorganizowana przez środowisko legitymistów prelekcja pana prof. Romualda M. Łuczyńskiego pt. „Rezydencje arystokratyczne w Sudetach polskich i czeskich po II wojnie światowej”. Czekamy na Państwa przy placu Tadeusza Kościuszki 10. Istnieje również możliwość oglądania transmisji z wydarzenia na kanale Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu.

 

Dominik Cwikła

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube