Ostatnie zadęcia (FELIETON)

1
0
2
Stanisław Michalkiewicz
Stanisław Michalkiewicz / Prawy

Przysłowie mówi, że  bogatemu to nawet diabeł dzieci kołysze. Coś jest na rzeczy, bo rząd “dobrej zmiany” najwyraźniej raz po raz politycznie korzysta ze zdarzeń, które w kampanii wyborczej można uznać za prawdziwe dary Niebios.

Jak wiadomo, każdy rząd przed wyborami potrzebuje pokazać jak troszczy się o interesy państwa, no i oczywiście – jak broni obywateli. Jeśli chodzi o interesy państwa, to rządowi przytrafiła się znakomita okazja, a właściwie dwie. Pierwsza, to decyzja Komisji Europejskiej, która dopiero w ostatniej chwili nie przedłużyła embarga na ukraińskie produkty rolnicze – o co pokornie prosiły ją rządy krajów Europy Środkowej,  graniczących z Ukrainą. Komisja Europejska nie tylko nie przedłużyła embarga, ale nawet nie pozwoliła tym państwom na podjęcie suwerennej decyzji o samowolnym jego przedłużeniu. W tej sytuacji rząd “dobrej zmiany” samowolnie to embargo przedłużył, a Komisja Europejska w ogóle na tę samowolkę nie zareagowała, chociaż wcześniej z mniej ważnych powodów Polskę sztorcowała i karała. Mamy tu dwie możliwości; albo Komisja Europejska wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, na przykład – że po wyborach embargo zostanie zniesione, więc nie ma co o te dwa tygodnie kruszyć kopii, a po drugie – w Brukseli również rozumieją, że rząd przed wyborami musi nadąć się mocarstwowo, więc patrzy na tę samowolkę przez palce. Możliwe, że ma rację, bo oto dowiedzieliśmy się od samego pana ministra rolnictwa, że z Ukrainą zostało osiągnięte  porozumienie w sprawie zboża. Może ono przejeżdżać przez Polskę tranzytem, ale broń Boże nie może w Polsce zostawać.  To bardzo pięknie, ale pamiętamy, że w ubiegłym roku porozumienie z Ukrainą było takie samo, a “zboże techniczne” nie tylko zasypało polskie magazyny, ale w dodatku pan minister Telus nadal nie ośmiela się wymienić nazw firm, które to zrobiły. Poza tym Ukraina “zawiesiła” skargę, jaką złożyła na Polskę do Światowej Organizacji Handlu, ale w ramach zadęcia mocarstwowego Polska domaga się by ją “wycofała”. Druga okazja, to oczywiście film pani reżyserowej, któremu rząd “dobrej zmiany” zrobił za darmo taką reklamę, że daj Boże każdemu. Pewnie dlatego został on nagrodzony również przez Stolicę Apostolską, bo tam też znają popularne w świecie dziennikarskim porzekadło: dobrze, czy źle – byle z nazwiskiem. 

 

   A tu, jakby tego było mało, holenderska policja poturbowała nie tylko polskich piłkarzy, którzy przyjechali tam na mecz, ale nawet działaczy. Policja – jak to policja – tłumaczy się, że działała w obronie własnej, bo została przez tych piłkarzy i działaczy brutalnie zaatakowana. Takie rzeczy się zdarzają; na przykład Grzegorz Braun gołymi rękami i sam jeden rozgromił we Wrocławiu aż pięciu rosłych i uzbrojonych policjantów, za co został przykładnie napiętnowany przez niezawisły sąd, który – jak to sąd – powinność swej służby zrozumiał. Jednak piłkarze i działacze mówią co innego – że mianowicie to oni zostali zaatakowani przez policjantów, którzy w ten sposób dali wyraz uczuciu zemsty za porażkę, jakiej doznali w starciu z polskimi i holenderskimi kibicami, który częściowo nawet ich rozbroili. Toteż pan premier Morawiecki natychmiast wykorzystał okazję do nadęcia się mocarstwowego i kiedy spotkał premiera Królestwa Niderlandów, wygarnął mu verba veritatis, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie też dostrzegło w tym okazję, by zatrzeć nieprzyjemne wrażenie z powodu afery wizowej, której – jak wiemy - “nie było” - i wezwało ambasadoressę Królestwa Niderlandów na dywanik, by wyrazić jej “zdecydowany protest” i domagać się wyjaśnienia sprawy, na co ona pokornie się zgodziła, mówiąc, że trzeba “ustalić fakty”. Z tym zawsze jest największy problem, zwłaszcza w ostatnich czasach, kiedy nawet filozofowie pouczają studentów, że prawda nie istnieje, zupełnie nie zdająć sobie sprawy, że w takim razie przynajmniej to zdanie musi być prawdziwe. A dodatkowo chodzi o ambasadę Królestwa Niderlandów, która w Polsce dokazuje od lat. Na przykład sfinansowała dzieło pani Magdaleny Tulli i Sergiusza Kowalskiego “Zamiast procesu”, w którym pooskarżali oni wszystkich o “antysemityzm”. Nie chodzi o mnie, bo ja do takich oskarżeń jestem przyzwyczajony, jak, dajmy na to, rosyjska bufetowa do pijackich wrzasków i reaguje na nie spokojnie, łagodnie perswadując najbardziej krzykliwemu: “nie kurwi, nie kurwi!” - ale oskarżyli nawet Katawa Zara, korespondenta “Najwyższego Czasu” w Izraelu, chociaż – o ile jeszcze żyje – jest on stuprocentowym, a nie jak reprezentujący Judenrat “Gazety Wyborczej” pan Jarosław Kurski – jedynie 27-procentowym – Żydem, a nawet służył w izrelskiej armii jako szofer podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku. Widać, że w Polsce nawet Żydzi gonią resztkami, skoro dopuszczają, by w żydowskiej gazecie dla Polaków szarogęsił się jakiś meches, a nie Żyd stuprocentowy. Jeśli chodzi o panią Magdalenę Tulli i pana Sergiusza Kowalskiego, to są oni znakomitym przykładem, jak łatwe pieniądze ludzi demoralizują. Dostali forsę z Ambasady Królestwa Niderlandów, więc nawet nie zadali sobie trudu, by sprawdzić, kto to jest, ten cały Kataw Zar. Ciekaw jestem tedy, co w odwecie za wezwanie na dywanik uknuje pani ambasadoressa, bo przecież ona też musi zemścić się na Polsce za doznane upokorzenie. Wymaga tego niderlandzka godność narodowa, która w Polsce chyba nie jest za wysoko ceniona, odkąd pan Zagłoba podpowiedział sobiepanowi Zamoyskiemu, żeby podarował Niderlandy szwedzkiemu królowi Karolowi Gustawowi. Jak pamiętamy z ”Potopu” Henryka Sienkiewicza, wzbudziło to powszechną wesołość i pewnie z tego powodu Królestwo Nideralndów nie przepuszcza żadnej okazji, żeby Polsce zaszkodzić. Nic więc dziwnego, że rząd “dobrej zmiany”, któremu incydent piłkarski spadł jak z Nieba, natychmiast nadął się mocarstwowo. Na wszelki tedy wypadek media kibicujące obozowi zdrady i zaprzaństwa zamówiły sobie sondaż, z którego niezbicie wynika, że Volksdeutsche Partei razem z Trzecią Drogą i Lewicą utworzy po wyborach rząd, który dopiero nas wszystkich urządzi. 

 

   Tymczasem w Rzymia odprawowany jest “synod o synodalności”, który ma na celu sprawienie, by wszyscy wszystkich słuchali. Na razie jednak uczestnicy tego zgromadzenia oskarżają się wzajemnie o sprośne błędy Niebu obrzydłe, więc przyglądamy się temu widowisku z niepokojem, czy przypadkiem po jego zakończeniu świat się nie zawali – bo po wyborach 15 października to już wiadomo, że nie. 

 

                                                                       

Stanisław Michalkiewicz

Źródło: SM

Sonda

Wczytywanie sondy...

Polecane

Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną