Stanisław Michalkiewicz: O pomstę do Nieba (FELIETON)
18 lutego, przed nienawistnym sądem w Tarnowie, rozpoczął się proces księdza biskupa Andrzeja Jeża, któremu niezależna prokuratura postawiła zarzut, z tych, jakie pamiętamy jeszcze z czasów stalinowskich – że “wiedział, a nie powiedział”. Nie tyle nawet “nie powiedział”, co – według prokuratury – “powiedział” - ale za późno.
Ustawa mówi, że powinien “niezwłocznie”, czyli – bez nieuzasadnionej zwłoki, podczas gdy prokuratura, najwyraźniej podkręcona przez jakieś tarnowskie Judenraty, uważa, że powinien powiedzieć “natychmiast”. Tak w każdym razie relacjonują tę rozbieżność niezależne media, podległe jeśli nawet nie Judenratowi, to starym kiejkutom, które z kolei podlegają tej zagranicznej centrali, do której się przewerbowały. Za Stalina też tak było; jak ktoś wiedział, ale natychmiast nie powiedział, to albo jechał na Sołowki, albo na Kołymę – a w naszym nieszczęśliwym kraju wtrącany był do jakiegoś “poprawnika”, z którego albo wychodził na własnych nogach, albo nogami do przodu. Dzięki temu wszędzie kwitła socjalistyczna praworządność, co znalazło nawet wyraz w ówczesnej rymowance: “Za Lenina – strzelanina. Za Stalina – dyscyplina.” I do takiego ideału najwyraźniej dąży obywatel Żurek Waldemar, którego w związku z tym pan prezydent Karol Nawrocki nazwał “prawnym terrorystą”. Ładny interes! Nie dość, że “terrorysta”, to w dodatku - “prawny”.
Wróćmy jednak do Jego Ekscelencji Oskarżonego. Niezależnej prokuraturze nie chodzi bynajmniej o to, że nie rewokował i na przykład – nie zapisał się do partii pana Biedronia – tylko, że nie powiedział – choć podobno “wiedział”, że podlegający mu księża dokazują z panienkami i to w dodatku płci obojga. Nie ma dymu bez ognia, więc rzeczywiście – wielu przewielebnych księży dokazuje albo z panienkami, albo z młodzieńcami płci męskiej, o czym z upodobaniem informują niezależne media, zwłaszcza podlegające Judenratowi, który – o czym nie zapominajmy – od roku 1990 prowadzi nieubłaganą walkę przeciwko “ajatollahom”, co to chcieliby zainstalować u nas “państwo wyznaniowe”. Ciekawe, że nie dotyczy to wszystkich “ajatollahów”, a tylko takich, co podpadli Judenratowi, bo na przykład taki Grzegorz kardynał Ryś, co to nieustannie prowadzi “dialog z judaszyzmem”, cieszy się w Judenracie nie tylko dobrą opinią, ale i medialnym wsparciem, dzięki któremu z małpią zręcznością wspina się po kolejnych szczeblach eklezjastycznej hierarchii i kto wie, czy w przyszłości nie zostanie nawet papieżem? No bo kto mu zabroni, jeśli będzie miał nie tylko poparcie Judenratu, ale nawet “samego Głównego Srula”, o którym tak pięknie pisze w wierszyku “Bank” Julian Tuwim. Jeśli Srula z nami, któż przeciwko nam? – pyta retorycznie natchniony Autor.
Wracając tedy do Ekscelencji Oskarżonego, to skoro już postawiono mu “zarzuty”, a sprawę pilotuje Judenrat, to nieomylny to znak, że i nienawistny sąd w Tarnowie “powinność swej służby zrozumie” - bo jest rozkaz, by wszelkie dokazywania przewielebnego duchowieństwa z panienkami bez względu na płeć, tępić ogniem i mieczem. Judenrat co i rusz dorzuca pod kotłem, bo taka tematyka bardzo się mikrocefalom podoba i podnosi nakład “Gazety Wyborczej” - a przy okazji sprzyja wypromowaniu autorytetów moralnych, to to z igły potrafią zrobić widły, a nawet jak nie ma igły, to niejedno tam wykonfabulują. Tak było na przykład w przypadku mojej faworyty, Wielce Czcigodnej Scheuring-Wielgus Joanny, która pewnego filuta pilotowała aż do Watykan i przedstawiła papieżowi Franciszkowi, który z tego wrażenia nawet go pocałował – na szczęście tylko w rękę. Potem się okazało, że filut wszystko zmyślił – bo dlaczego miały sobie żałować, skoro rysowała się perspektywa przytulenia sporej forsy?
W ten oto sposób również i u nas pojawił się przemysł molestowania, który rozwija się w tempie prawie takim samym, jak przemysł zbrojeniowy. Stało się to między innymi dzięki precedensowemu wyrokowi wydanemu przez postępową sędzię Annę Łasik, która jednym susem odeszła od zasady indywidualizacji odpowiedzialności karnej i cywilnej, ku zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Wykorzystała w tym celu art. 430 kodeksu cywilnego. Dopuszcza on odpowiedzialność innej osoby za szkodę wyrządzoną czynem niedozwolonym popełnionym przez innego sprawcę, jeśli ten sprawca miał ten czyn “zlecony”, a przy jego “wykonaniu” podlegał jego “kierownictwu” i stosował się do “wskazówek” tego, który ma za szkodę odpowiadać . Jak nietrudno sie domyślić, w sprawie sądzonej przez sędzię Annę Łasik, ani jeden z warunków z art. 430 kodeksu cywilnego nie został spełniony – ale kto by się przejmował takimi głupstwami, kiedy ze strony Judenratu “Gazety Wyborczej” pojawiło się społeczne zamówienie na taki wyrok?
Bo właśnie ten wyrok otworzył drogę dla rozwoju “przemysłu molestowania”, zwłaszcza w stosunku do Kościoła katolickiego, którego hierarchia dodatkowo zasadę odpowiedzialności zbiorowej wzmocniła. Oto 20 lutego odbędzie się w całym kościele w Polsce “dzień modlitwy i solidarności” ze “zranionymi” przez przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa. Chodzi oczywiście o te osoby, które przewielebni księża bzykali, albo “bez ich wiedzy i zgody”, albo nawet za zgodą – ale bez rekompensaty finansowej. Że mamy się w tej intencji “modlić” to oczywiście nic nie szkodzi, bo wiadomo, że z Panem Bogiem łatwiej, niż z ludźmi, którym “modlitwy” tyle są potrzebne, co umarłemu kadzidło – tylko chcą forsy. No dobrze – chcą – ale skąd wziąć ten szmalec?
I właśnie na tym odcinku hierarchowie Kościoła katolickiego w naszym nieszczęśliwym kraju skwapliwie skorzystali z zasady odpowiedzialności zbiorowej, której drogę utorowała swoim wyrokiem pani sędzia Anna Łasik. Schemat mechanizmu jest taki: jakiś jurny duchowny bzyka na prawo i lewo, niczym tornado. Sprawa wychodzi na światło dzienne za sprawą “ofiary”, której katiusze może ukoić jedynie złoty plaster. Za sprawę biorą się nienawistne sądy i nakładają kondemnatki – zgodnie z interpretacją art. 430 kodeksu cywilnego pani sędzi Anny Lasik – nie na sprawcę “czynu niedozwowolonego”, tylko na jego przełożonego, czyli diecezję, jako osobę prawną. Ze sprawcy bowiem trudno byłoby coś ściągnąć, zwłaszcza bajońskie sumy, jakich oczekują “ofiary” - natomiast z diecezji - aaa, to co innego. Zaczęło sie to w Ameryce i pamiętam, jak Polacy w Portland w stanie Maine, desperacko, ale bezskutecznie, bronili swego kościoła parafialnego, który diecezja postanowiła sprzedać z przeznaczeniem na odszkodowania dla “ofiar”. Żaden z polskich parafian ani nikogo nie bzykał, ani nie “molestował” - ale rezultacie to oni musieli za wszystko zapłacić. I tak właśnie jest dzisiaj w Polsce, że za dokazywania przewielebnego duchowieństwa mają płacić Bogu ducha winni parafianie, podczas gdy sprawcy i ich zwierzchnicy tak naprawdę wszelkiej odpowiedzialności, zwłaszcza finansowej unikają. Czyż nie woła to o pomstę do Nieba?
Stanisław Michalkiewicz