Recydywa PRL

0
0
0
/

Trudno o lepszy, bardziej wymowny i przekonujący dowód kontynuacji PRL w III Rzeczypospolitej, jak obecna wojna na filmy w sprawie katastrofy smoleńskiej.


 
Za pierwszej komuny, kiedy trzeba było pogrążyć czy to „reakcyjne podziemie”, czy to napiętnować jakieś objawy „wstecznictwa”, tajny współpracownik PRL-owskiej razwiedki w jakiejś angielskiej „Morning Star”, czy francuskiej „L`Humanite” dostawał rozkaz napisania potępiającego artykułu, którego fragmenty cytowała potem „Trybuna Ludu” albo inny „Żołnierz Wolności” – że oto nie my, ale „zachodnia prasa” też te postawy, albo te zjawiska piętnuje – a my, tzn. partia i rząd – tylko się do tego przyłączamy, bo jakże się nie przyłączyć do słusznej krytyki?
 
Ponieważ mało kto orientował się, że ta „zachodnia prasa”, to komunistyczne gadzinówki, naszpikowane konfidentami razwiedki, niczym wielkanocne baby rodzynkami, na niektórych robiło to wrażenie - i o to właśnie chodziło.

Toteż kiedy „National Geografic” ni z tego ni z owego nakręcił film o katastrofie smoleńskiej, a następnie go wyemitował, poczułem, jakby mi co najmniej 40 lat ubyło i oczywiście obraz obejrzałem.

Najbardziej spodobało mi się zaproszenie do komentowania sprawy pana Konstantego Geberta, który – ciekawa rzecz - wcale nie był tym zaskoczony. Widocznie nie tylko „National Geografic” uważa, że pan Konstanty Gebert ze względu na pochodzenie wszystko wie najlepiej – bo w przeciwnym razie – po cóż zapraszaliby akurat jego?
Ale to – wprawdzie charakterystyczny – niemniej jednak drobiazg w porównaniu z tym, co nastąpiło potem. Otóż znany z żarliwego obiektywizmu, niezawodny pan redaktor Tomasz Lis na żywo zaprosił do studia pana kapitana Wiesława Jedynaka, żeby rozprawić się z filmem Anity Gargas, stojącym na nieubłaganym gruncie zamachu.
 
Dowiedzieliśmy się że pan prezes Braun „rozważa” możliwość wyemitowania filmu pani Gargas na antenie – z czego wnoszę, że w gronie mocodawców pana prezesa Brauna jeszcze nie zdecydowano, jaki w tej sprawie padnie rozkaz.

Krytyczne oceny filmów, których nikt nie mógł zobaczyć, były specjalnością PRL. Partia wychodziła z załozenia, że nie ma potrzeby bałamucić obywateli niesłusznymi filmami, że wystarczy, jak najbardziej wiarygodni dziennikarze, w rodzaju pana red. Tomasza Lisa je obejrzą i skrytykuja, albo skrytykują i bez obejrzenia – bo przecież „czy może być co dobrego z Nazaretu?”

Najwyraźniej afera trotylowa napędziła bezpieczniackim watahom, sferom rządowym i Salonowi takiego strachu, że dla odreagowania postanowili dać prewencyjny odpór – w czym pan red. Tomasz Lis jest - jak mawiał Franciszek Villon – „dobrze szczwany”. („I ty szewczycho Wilhelmino w tańcu wszelakim dobrze szczwana”).
 
Jednak takie propagandowe operacje skłaniają coraz więcej ludzi do życzliwego zainteresowania teoriami spiskowymi, na takiej samej zasadzie, jak pewnego pana, o którym wspomina Antoni Słonimski.

 

Przeczytaj także: Kolejny odcinek "Katastrofy w przestworzach"... >>

Otóż kiedyś z Witkacym i jeszcze kimś trzecim poszli do teatru, a ponieważ sztuka im się nie podobała, wywołali awanturę. Przedstawienie przerwano, wezwano policję, a – jak pisze Słonimski – „jakiś pan stanął w loży i niegłupio krzyknął: zachowanie panów zmusza nas do obrony tej miernoty!” Otóż to!

Stanisław Michalkiewicz

Źródło: prawy.pl

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną