Maria Kądzielska: Co łączy Warszawę z Singapurem?
Dodano 2 września 2018
0
0
/
Obszarowo są do siebie podobne. Stolica Polski ma powierzchnię ok. 520 km² z populacją liczącą ok. 2 milionów osób. Singapur będąc niewiele większy 716 km² (razem z okolicznymi wyspami), posiada niemal trzy razy więcej mieszkańców i jest od Warszawy wielokrotnie bogatszy z PKB na mieszkańca sięgającym niemal 59 tys. dolarów rocznie. Nasz tradycyjny argument, odwołujący się do zniszczeń wojennych, traumy, niewyobrażalnych aktów rabunku ze strony Niemiec, nie ma w tym wypadku racji bytu. Choć oczywiście prawdziwy, to jednocześnie staje się porównywalny do wyzwań, z jakimi musieli mierzyć się mieszkańcy tej azjatyckiej wyspy. Singapur stanowi przykład państwa-miasta, które na przełomie 50 lat dokonało niewyobrażalnego skoku gospodarczego. Z biednej brytyjskiej kolonii, pozbawionej zasobów naturalnych wyewoluowało do poziomu jednej z najsilniejszych gospodarek świata, o nominalnej wysokości PKB równej 554.855 miliardów dolarów. Jeszcze 50 lat temu mieszkańcy Singapuru nie posiadali w domach bieżącej wody, kanalizacji, ani klimatyzacji, która na ich wysokości geograficznej jest porównywalna do centralnego ogrzewania. Dziś ich standard życia jest cztery razy wyższy niż w Warszawie, a singapurski paszport uprawnia do wjazdu do niemal wszystkich państw świata bez wizy. Dlaczego tak się dzieje i czego możemy się nauczyć od Singapurczyków?
Singapur od Warszawy różni przede wszystkim postać wielkiego przywódcy i męża stanu, jakiego my nie mieliśmy, ani w postaci prezydenta miasta, ani przywódcy państwa. Architektem współczesnego Singapuru – zarówno porządku politycznego, jak i przemian społecznych, jest Lee Kuan Yew, zwany także Mędrcem ze Wschodu. Był pierwszym premierem tego kraju w latach 1959–1990. Gdy obejmował władzę, dochód na osobę wynosił tam rocznie około 400 dolarów, dziś to ponad 59 tysięcy dolarów rocznie. Stał na czele tego państwa przez trzydzieści lat, a następnie wpływał na jego kształt jako minister senior a potem minister mentor. To on jest twórcą sukcesu tego państwa-miasta, które nigdy nie miało być autonomiczne. Podczas II wojny światowej znalazło się pod okupacją Japonii, a przed nią i po niej aż do 1959 roku istniało jako brytyjska kolonia. Było jedną z najbardziej zopiumowanych miejsc dawnego imperium, gdzie Chińczycy żyli w takiej biedzie, że nawet nie chcieli umierać w domu; z tego powodu funkcjonowały tam jeszcze do lat 60-tych tzw. „domy śmierci”, gdzie ludzie przychodzili, kiedy poczuli, że wybiła ich godzina, płacili za łóżko i od razu za swój pogrzeb, a następnie bez jedzenia i picia czekali na swoją śmierć. Kraj ten po II wojnie światowej musiał mierzyć się z problemem ogromnego bezrobocia, kryzysu mieszkaniowego, z brakiem zasobów naturalnych i ziemi. To właśnie dzięki wizji Lee Kuan Yewa – jego modelowi edukacji, stworzenia wspólnoty narodowej z czterech różnych etnicznie grup i umiejętności przyciągania zagranicznych inwestorów – w ciągu zaledwie pięćdziesięciu lat Singapur stał się drugim po Japonii najbardziej rozwiniętym państwem Azji, potęgą na światową skalę, najczystszym i najbezpieczniejszym państwem na globie, a także jedynym we współczesnym świecie suwerennym państwem-miastem.
Lee Kuan Yew wykształcił wśród Singapurczyków niesamowite poczucie odpowiedzialności za swój kraj i wspólnotę, w której się żyje oraz świadomość bycia kowalem swojego losu. Oczywiście nie chodzi o to, aby zbudować nad Wisłą drugi Singapur, można jednak skorzystać z jego przykładu i wiary we własne możliwości poparte ciężką pracą. Mędrzec ze Wschodu pisał, że sposobem na unikniecie długich okresów anarchii i chaosu jest stworzenie samoutrwalającej się struktury władzy. Władzy, która będzie odpowiedzialna za wspólnotę, a nie tylko dbająca o własny interes. Wydaje się, że to najbardziej różni Warszawę od Singapuru.
Maria Kądzielska
Felieton ukazała się w piśmie "Warszawski Wieczór" 12/2018
Źródło: prawy.pl