Z kraju

Nie żyje prof. Jacek Wilczur – żołnierz AK

Wczoraj zmarł profesor Jacek Wilczur – żołnierz i egzekutor Armii Krajowej. 

fot. wikimedia.org

Jacek Wilczur był to polski historyk, prawnik,politolog, pisarz, a także żołnierz żołnierz i egzekutor Armii Krajowej w Górach Świętokrzyskich oraz Batalionów Chłopskich.

Nie miał lekkiego życia. W czasie wojny stracił całą swoją rodzinę.

Publikował w kraju jak i również za granicą. Pisał głównie na temat II wojny światowej. Około 600 artykułów prasowych poświęcił zagładzie narodów polskiego i żydowskiego, czy losom więźniów.

Brał też udział w poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty, która nie została znaleziona do dziś.

Jacek Wilczur zmarł wczoraj w wieku 93 lat.

 

 

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

5 komentarzy

5 Komentarzy

  1. klioes vel pislamista

    26 września 2018 at 22:00

    Cześć Jego pamięci!
    RiP

    Jeśli będzie miał pomnik, to „ubierze” go KOD…


    Konstytucja! Konstytucja!
    Ubierane są pomniki…
    Lecz KODziarska rewolucja
    Rasistowska jest!!! Bo krzyki
    I koszulek barwna fala
    Jest od bohaterów getta z dala…

  2. Piotrx

    26 września 2018 at 22:56

    „Cień Wiesenthala” – Maciej Motas, Nowa Myśl Polska 2009 r
    http://www.bibula.com/?p=16960

    Zasłużona dla upamiętniania narodowej tradycji wrocławska oficyna wydawnicza „Nortom” wydała ostatnio książkę autorstwa Jacka Wilczura zatytułowaną „Ścigałem Iwana «Groźnego» Demianiuka”.

    J. Wilczur jest byłym pracownikiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. W swojej pracy opisuje on przebieg i losy śledztwa, które prowadził w Komisji w związku z głośną ostatnio sprawą oskarżanego o udział w nazistowskich zbrodniach Ukraińca – Iwana Demianiuka. Demianiuk obywatel amerykański został wydany w latach 80. XX w. przez Stany Zjednoczone izraelskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

    W chwili obecnej przed sądem w Monachium toczy się kolejny już proces Demianiuka, oskarżonego o uczestnictwo w ludobójstwie w obozie zagłady w Sobiborze. Demianiuk miał być w Sobiborze strażnikiem. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że monachijski proces stanowi kolejną odsłonę oskarżeń przeciwko Demianiukowi. Wszystkie dotychczasowe procesy, ciągnące się już z górą od dwudziestu lat, także ten w Jerozolimie, kończyły się jego uniewinnieniem. Co ciekawe, niemal za każdym razem Demianiuk oskarżany jest o nowe zbrodnie. Początkowo próbowano wykazać, że jest głośnym Iwanem „Groźnym”, osławionym strażnikiem sadystą z obozu w Treblince. Gdy próby zmierzające do wykazania, że Demianiuk i kat z Treblinki to ta sama osoba nie powiodły się, wywiedziono, że brał udział w zbrodniach ludobójstwa, jako strażnik. Oskarżenie oparto przy tym na założeniu, że, skoro był strażnikiem w obozie, to z pewnością uczestniczył w zbrodniach, pomimo braku na to jednoznacznych dowodów.

    We wspomnianej publikacji Jacek Wilczur skupia się przede wszystkim na opisie swoich wysiłków, mających dopomóc stronie izraelskiej w dostarczeniu dowodów obciążających Demianiuka. Pomoc ta była udzielana głównie w formie materiału dowodowego uzyskanego w toku jego prac w GKBZHwP. Wilczur współpracował w tym czasie z osławionym Centrum Dokumentacji kierowanym przez Szymona Wiesenthala (poza ściganiem zbrodniarzy tworzącego m.in. wykazy naczelnych antysemitów w poszczególnych krajach Europy środkowej i wschodniej, w tym w Polsce). Jak twierdzi jednak sam autor pomoc jego była skutecznie torpedowana m.in. przez osoby kierujące w latach 80. i 90. pracami Komisji. Do grona tych osób Wilczur zalicza m.in. prof. Ryszarda Juszkiewicza (dyrektora Komisji), pośrednio także dr Czesława Pilichowskiego (kierował Komisją przed R. Juszkiewiczem), Stanisława Biernackiego, Izabelę Borowiczową, Alinę Sitarską oraz Elżbietę Motas i dr Mieczysława Motasa (kierował archiwum Komisji).

    Wszystkie te osoby miały, zdaniem Wilczura, należeć do szeroko rozprzestrzenionej „siatki OUN/UPA” na terenie GKBZHwP. Spoza kręgu osób zatrudnionych w Komisji Wilczur do OUN-owskiej mafii zalicza m.in. także Zdzisława Ciesiołkiewicza i płk Tadeusza Bednarczyka. Mieli oni być finansowani przez amerykańskie ośrodki ukraińskie w celu niedopuszczenia do wysuwania oskarżeń pod adresem ukraińskich zbrodniarzy oraz dla urabiania pozytywnej opinii wśród społeczeństwa polskiego o działalności OUN i UPA.

    Motywacją miała być chęć zysku, względy ideologiczne oraz, co najważniejsze, dominujący rzekomo wśród kadry naukowej pracowników Komisji antysemityzm. Na tle tych oskarżeń J. Wilczurowi wytaczano już procesy sądowe.

    Wzmiankowany już T. Bednarczyk (który wygrał z Wilczurem proces o ochronę dóbr osobistych), w wydanej w 1997 nakładem wydawnictwa „Ojczyzna” pracy „Wiesenthal contra Waluś, Demianiuk i inni” w następujący sposób charakteryzuje udział Wilczura w sprawie Demianiuka:

    „W 1986 r. Żydzi w GKBZH ruszyli do akcji fałszerskiego wyprodukowania zeznań «lewych» świadków z Wólki – Okrąglik – Treblinki przeciw Demianiukowi. Główną rolę grał J. Wilczur, który latał z tymi oszukańczymi zeznaniami do Izraela (…) Latał też i dyr. K. Kąkol, który później radykalnie odmienił się z antysemity na proizraelskiego, wszystko w imię docenienia ogromnych wpływów żydowskich i utrzymania w Polsce linii karierowicza (…) Na próżno! Demianiuk wygrał sprawę w Izraelu i wrócił do USA (…) Sąd podkreślił, że rząd polski dostarczył listę strażników w Treblince, na której nie było Ukraińca Demianiuka”.

    Sprawa Demianiuka wzbudziła zainteresowanie T. Bednarczyka, przebywającego wówczas w USA, poprzez podobieństwo do przypadku Polaka – Franciszka Walusia, oskarżanego, a następnie uniewinnionego w podobnej sprawie.

    W sytuacji, gdy do dziś w Niemczech żyją całe zastępy krzepkich rumianych staruszków (których kondycję i wigor możemy podziwiać co roku, gdy przyjeżdżają na wczasy do Polski) – w czasie wojny żołnierzy, tak Wehrmachtu (mającego także na swoim koncie liczne zbrodnie), jak i formacji SS, a niedawno jeszcze wdowa po Reinhardzie Heydrichu (szef SD) pobierała oficjalnie rentę po mężu, stawianie Demianiuka za głównego sprawcę zła jest, co najmniej, wątpliwe. Czy stawianie pod pręgierzem światowej opinii publicznej jednostki, która w nałożeniu niemieckiego munduru widziała jedyną szansę na ocalenie (jeńców z Armii Czerwonej Niemcy przetrzymywali w trudnych do opisania warunkach – na wolnym powietrzu, ogrodzonych jedynie drutem kolczastym, bez pożywienia, ubrań i leków, przez co byli oni dziesiątkowani przez choroby i głód, nierzadkie były przy tym przypadki kanibalizmu). Nie chodzi tu rzecz jasna o żadne próby usprawiedliwiania zbrodni ukraińskich (Demianiuk nie był bowiem nigdy członkiem OUN i UPA) ani biologicznego szowinizmu ukraińskich nacjonalistów. Trzeba jednak dostrzegać różnice pomiędzy ręką a mieczem (ale jak pisał P. Semka w „Rz” sądzić jedno i drugie).

    Metody osławionego Centrum S. Wiesenthala (który sam był oskarżany o kolaborację z Niemcami w czasie wojny) przypominają polowanie z nagonką, często jednak źle skierowaną. Łatwość, z jaką kierowane przez niego Centrum Dokumentacji stawiała zarzuty „słowiańskim” pomocnikom Hitlera, przywodziła na myśl współpracę Izraela i RFN. Podjęta jeszcze w latach 60. miała na celu z jednej strony zdjęcie części odium z Niemiec zachodnich, za co te sowicie opłaciły się Izraelowi, z drugiej zaś wysunięcie zarzutów pod adresem dawnego ZSRR i Polski, co miało „zmiękczyć” ich stanowisko w kwestii odszkodowań i przyszłego zwrotu mienia pożydowskiego. Niestety, cele te są aktualne do dziś. Jak jednak widać z powyższego realizowane są za pomocą nowych metod.

    Poprzez włączenie się w nurt sprzeciwu wobec widocznej coraz silniej na Ukrainie (ale i w Polsce, czego źródeł autor dopatruje się we wcześniejszym „filoukrainiźmie” opozycji lat 70. i 80., w czym ma dużo racji) częściowej gloryfikacji historii OUN i UPA (ukazywanych, jako formacje niepodległościowe i antykomunistyczne), J. Wilczur realizuje faktycznie dawne wytyczne S. Wiesenthala.

    Paradoks sytuacji, poza oskarżeniami GKBZHwP o sprzyjanie UPA (szczególnie kuriozalne w odniesieniu do okresu przed 1989 r.), polega na fakcie, że są one realizowane przy pomocy narodowej oficyny wydawniczej. Wydaje się bowiem, że pod pozorem walki z nazizmem badacze tacy jak J. Wilczur realizują stary program oskarżania Polaków o rasizm, antysemityzm itp. Może o tym świadczyć jedna z ostatnich wypowiedzi autora „Ścigałem Iwana «Groźnego»…” na łamach „Przeglądu” z 13 grudnia br.:

    „Wydaje się, że już to stanowić będzie wartość najwyższą tego procesu (Demianiuka – M.M.), zwłaszcza że proces toczy się, kiedy w Polsce, w kraju, który stanowił w latach minionej wojny największą katownię hitlerowską i największe w Europie cmentarzysko, w listopadzie br. faszystowskie bojówki (chodzi o Marsz Niepodległości ONR-u) złożone z młodych Polaków przemaszerowały bezkarnie ulicami Warszawy skandując hitlerowskie hasła i wznosząc ręce w tradycyjnym hitlerowskim geście: Heil Hitler”.

  3. Piotrx

    26 września 2018 at 23:47

    „Wiesenthal contra Waluś, Demianiuk i inni” – Tadeusz Bednarczyk
    /fragmenty/

    …….A oto list sędziego Sławomira Litwińskiego:

    „J. Wilczur w sposób daleki od rzetelności przypisuje mi czynny udział wraz z T. Bednarczykiem w zafałszowaniu zeznań „wynajętych świadków” oraz zafałszowaniu portretu pamięciowego „Iwana Groźnego”. W języku bokserskim tego rodzaju zarzut nazywa się ciosem „poniżej pasa” czyli czynem nieszlachetnym. J. Wilczur rozpoczął pracę W Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, w połowie 1985 r., wkrótce po moim odejściu na emeryturę (po prawie 20-tu latach pracy w GKBZHwP) i sprawę powyższą zna ze słyszenia. W systemie sądownictwa sprawy przydzielane są sędziom do rozpoznania przez przewodniczącego wydziału. Podobny układ stosowany był również w GKBZHwP (…) W październiku 1984 decyzją naczelnika przesłuchałem trzech świadków w sprawie Demianiuka. Z nazwiskiem tym zetknąłem się po raz pierwszy. W dzień lud dwa później zgłosił się do wicedyrektora Głównej Komisji Tadeusz Bednarczyk w towarzystwie pułkownika Milicji Obywatelskiej z pismem Zakładu Kryminalistyki M.O. skierowanym do G.K. o wypożyczenie protokołów tych zeznań celem sporządzenia portretu pamięciowego Demianiuka, w oparciu o ich treść, przez specjalistów tego zakładu. Na piśmie tym wicedyrektor GK we własnoręcznie sporządzonej adnotacji wyraził zgodę na ich wypożyczenie. Na podstawie jego decyzji protokóły te wydałem pułkownikowi M.O. Podkreślam, że był to jednorazowy kontakt mój z T. Bednarczykiem. Co działo się z tymi protokółami w Zakładzie Kryminalistyki MO, nie wiem. Na tym skończył się mój udział w tej sprawie (…)

    Sędzia emerytowany Sławomir Litwiński

    List do tyg. „Prawo i Życie” Nr 45/1505/ z 6 XI 1993 r. Chciałbym wierzyć, że po raz ostatni.

    19 września 1993 roku Sąd Najwyższy Izraela ostatecznie odrzucił żądania, jakie dotyczyły wznowienia procesu Iwana Demianiuka i wydalił go do USA. Krótko przedtem, gdy sprawa Demianiuka zbliżała się ku końcowi, zaatakowany zostałem,w sposób skandaliczny na łamach „Życia Warszawy” (21.08.1993), przez Jacka Wilczura. Po trzech tygodniach ukazała się w „Życiu” moja odpowiedź, ale okrojona i niekompletna. Będąc od wielu lat jednym z autorów „Prawa i Życia” uprzejmie proszę o zamieszczenie poniższego mojego oświadczenia.

    Jacek Wilczur atakuje mnie w sposób urągający dobrym obyczajom, od kilku lat i z zawziętością iście talmudyczną „oko za oko” w prasie krajowej i zagranicznej (we francuskiej „Liberation”, w Jerusalem Post”, w chicagowskiej polonijnej „Panoramie”). Dlaczego? W latach okupacji byłem pełnomocnikiem polskiego ruchu oporu do spaw getta. Zatwierdził mnie w tej funkcji gen. „GROT” – Stefan Rowecki. Jest to fakt znany. W roku 1943, w związku z informacjami o straszliwych zbrodniach, jakie popełniał w Treblince jeden z jej katów, zwany „Iwanem Groźnym” zwróciłem się – na polecenie moich władz – do jednej z komórek naszego wywiadu o sporządzenie dokładnego rysopisu tego zbrodniarza. Rysopis ten określił „Iwana Groźnego” jako człowieka w wieku około 40 lat, wysokiego, mocno zbudowanego, Ukraińca. Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych aresztowano w USA i później deportowano do Izraela, jako właśnie „Iwana Groźnego”, Iwana Demianiuka, i kiedy rozpoczął się przeciwko niemu proces, rysopis ten przekazałem najpierw, w 1985, prokuratorowi generalnemu USA, a później także sądowi w Jerozolimie. Uważałem, że zgodnie z tym rysopisem Iwan Demianiuk nie może być „Iwanem Groźnym”, choćby dlatego, że autentyczny był od niego co najmniej piętnaście lat starszy. Udostępniając posiadane informacje organom ścigania i wymiarowi sprawiedliwości w USA i w Izraelu kierowałem się zrozumiałą, jak sądzę, intencją uchronienia Demianiuka od ewentualnego mordu sądowego, nieodwracalnej sądowej pomyłki. Jak wykazało zakończenie wieloletniego procesu w Jerozolimie – nie myliłem się.
    Nie tylko ja byłem przekonany o pomyłce. W USA powstał ośrodek społecznej obrony Demianiuka, kierowany i częściowo finansowany przez Chorwata, Jerome Brentara, zamieszkałego w Cleveland (jego brat, ksiądz jest funkcjonariuszem Kurii Rzymskiej), prezesa charytatywnej organizacji św. Rafaela. Wśród obrońców znalazł się także dr Wacław Zajączkowki, odznaczony medalem Yad Vashem, profesor Uniwersytetu Katolickiego w Waszyngtonie, prezes charytatywnej organizacji św. Maksymiliana Kolbego. To oni, dowiedziawszy się o przekazaniu przeze mnie rysopisu „Iwana Groźnego”, zwrócili się do mnie o pomoc w kontaktach Brentara z trzema rolnikami znającymi dobrze „Iwana Groźnego”, mieszkańcami wsi Wólka – Okrąglik – Treblinka, których wcześniej nie znałem. Brentar, nie mówiący po polsku, prosił mnie o asystowanie i pomoc w czasie ich przesłuchań w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce oraz w Komendzie Głównej MO, gdzie sporządzano ich portret pamięciowy „Iwana Groźnego”.

    Innego zdania niż obrońcy Demianiuka był Jacek Wilczur, którego przed całą tą sprawą osobiście nie znałem. Mam podstawy, by sądzić, że motywem jego postępowania
    stały się uczucia zemsty i nienawiści przede wszystkim do Ukraińców (z ich rąk zginęli w roku 1943 we Lwowie, w getcie, rodzice Wilczura oraz jego dwaj bracia) oraz do wszystkich, którzy wówczas mieli cokolwiek wspólnego z „administrowaniem” obozami zagłady (Demianiuk rzekomo miał być jednym ze strażników w Treblince).

    Tę nienawiść Jacek Wilczur przeniósł również na osoby, które w imię elementarnych zasad sprawiedliwości starały się zapobiec tragicznej w skutkach pomyłce sądowej.
    Absurdalne zarzuty i pomówienia, uwłaczające mojemu dobremu imieniu, zmusiły mnie w końcu do wytoczenia Jackowi Wilczurowi, w roku 1987, sprawy sądowej o obrazę.

    Toczyła się ona dwa lata i zakończyła przegraną oszczercy. Moim adwokatem był mec. Piotr Andrzejewski, dziś senator RR 20 marca 1989 roku Wilczur złożył przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie, w I Wydziale Cywilnym (sygnatura Ic 742-86) oświadczenie następującej treści:

    „W moich wypowiedziach publicystycznych w roku 1987 zarzuciłem Panu Tadeuszowi Bednarczykowi, iż działając w obronie sądzonego w Jerozolimie w roku 1987 Iwana Demianiuka, miał świadomość, że w osobie tegoż Demianiuka broni b. SS-owca, operatora komory gazowej w Treblince „Iwana Groźnego”,sprawcy zagłady Żydów polskich i Żydów z innych krajów. Przyznają, że Pan T. Bednarczyk subiektywnie działał w przekonaniu, iż bronił nie „Iwana Groźnego”, a jedynie niewinnego człowieka. Za postawienie niesłusznego zarzutu przepraszam Pana Tadeusza Bednarczyka. Jacek E. Wilczur”.

    Po ugodzie, jaka nastąpiła po złożeniu oświadczenia, na prośbę Jacka Wilczura przyrzekłem mu – w dobrej wierze, że zaniecha absurdalnych napaści na mnie – iż nie opublikuję treści tego oświadczenia. Dotrzymałem danego słowa nawet wówczas, kiedy -w roku 1990 – otrzymałem od księdza dr Z. Zielińskiego, przewodniczącego The Polish Historical Society w Stamf ort, USA, kserokopię wypowiedzi Jacka Wilczura w chicagowskim tygodniku polonijnym „Panorama” (nr 14/90)

    „………….Nie zależy mi na Demianiuku. Wierzę w sąd izraelski i w to, że sprawiedliwość stanie się zadość, że drań dostanie to, na co zasłużył, czyli krawat. Chciałbym jednak ukazać społeczeństwu takich łotrów, jak Tadeusz Bednarczyk. Od lat o niczym innym nie myślę, tylko o tym, jakby tej kanalii publicznie zmiażdżyć czaszkę, a ścierwo opluć i wrzucić do rynsztoka…”

    „Załączam (…) odcinek wywiadu z dr. Wilczurem. Redaktor tego poczytnego tygodnika w USA-„Panorama”-wstrzymał druk dalszych odcinków. Młody, niedoświadczony reporter cytował dosłownie nierozważne słowa i kompromitujące stwierdzenia przedstawiciela GKBZH, dr Wilczura. Jest oczywiste, że w większości są to typowe konfabulacje i fantasmagorie człowieka cierpiącego na chorobę, którą my tu nazywamy „Holocaust Survivor Syndrom”. Radzimy jak najszybciej poddać dr. Wilczura leczeniu (…). Prosimy także pamiętać o zabezpieczeniu około 200 centymetrów unikalnych archiwalnych materiałów, z którymi od lat dr Wilczur się „nie rozstaje” i od około lat czterech przechowuje u siebie w domu lub w swym prywatnym biurze. Z oburzeniem musimy stwierdzić, że w maju tego roku, po uzgodnieniu z byłym dyrektorem Musiolem, wydelegowaliśmy mgr Godziembę-Maliszewskiego i dr Dragana z USA na przebadanie tych materiałów i przez dwa tygodnie dr Wilczur nie był w sta- nie udostępnić tych materiałów (…), nad którymi pracuje już cztery lata. (Pan Godziemba-Maliszewski, ojciec Polak, matka Szkotka jest naszym wiceprezesem a obóz Treblinka byt położony na gruntach jego rodziny, tzn. napolach wsi Maliszewa). Prosimy także o listowne lub telefoniczne powiadomienie mgr Tadeusza Bednarczyka z Warszawy o otrzymaniu załączonego artykułu. Być może zechce on wszcząć postępowanie sądowe przeciwko dr Wilczurowi, ponieważ ma wszelkie ku temu podstawy. Z przykrością mi przychodzi pisać ten list, ale wydaje mi się, że robimy to dla dobra imienia GKBZH a także Polonii w USA.

    Z poważaniem – dr Z. Zieliński Pres. PHS ”………….

    Obecnie, kiedy Jacek Wilczur zaatakował mnie ponownie, imiennie, w „Życiu Warszawy” czuję się zwolniony z danego mu przyrzeczenia. W związku z oszczerstwami, których znów stałem się ofiarą, oświadczam: stosunek Jacka Wilczura do procesu Demianiuka, kilkakrotne uczestnictwo w tym procesie w Jerozolimie, oraz charakter tego uczestnictwa wskazują, że podziela on uczucia żydowskiej zemsty w stosunku do Demianiuka; stąd też płynie jego żydowska chorobliwa nienawiść do obrońców Demianiuka – i do mnie. Te same motywy zdecydowały o tym, że po blisko półwieczu zaczął szukać swoich „kontrświadków” w Wólce – Okrąglik; mówiono tam o nich, że stali się świadkami na zamówienie.

    Miałem okazję poznać porucznika 0. (ś.p. red. Bogdan Ostaszewski – wtedy prosił o niepublikowanie imienia i nazwiska) dowódcę jednego z oddziałów AK działającego w Lasach Koneckich, który w roku 1943 przygarnął 16 lub 17-letniego wówczas Jacka Wilczura, typowego Żyda, znajdującego się w szoku po stracie rodziców i braci w getcie lwowskim. Porucznik 0. mówił mi o jego chorobliwej już wówczas, mściwej postawie. Długi czas Wilczur pełnił w Oddziale funkcje pomocnika kucharza, wykazywał gorliwość i zdyscyplinowanie, więc zaawansował w 1945 r. do linii i na stopień kaprala, w którym to stopniu rejestrował się w RKU jako kapral AK. Nie przeszkodziło to przy manifestacji poparcia dla stanu wojennego podać się za oficera AK.

    Ot samochwalca i Świnia. Znamiona choroby nosi chyba także jego wypowiedź dla „Jerusalem Post”, z 15 października 1986 roku. Jacek Wilczur stwierdza w niej, że jako „członek podziemnej organizacji (nie wymienia jej nazwy – IB.) zlikwidował szesnastu Polaków, którzy (według niego-T.B.) wydawali Żydów Niemcom!” Przecież – zakładając, że mówi prawdę – byłaby to sprawa dla prokuratora, który powinien ustalić kogo zabił, z jakiego wyroku, jakiej organizacji, jakie są na to dokumenty, świadectwa i jaka ich wiarygodność. A żaden prokurator nie podjął sprawy. Wzywam więc do tej czynności. Jego zaangażowanie w obronie Żydów, potwierdza jego żydowskość.

    Mam osiemdziesiąt lat. Chciałbym wierzyć, że po raz ostatni odpieram kalumnie, jakimi od ośmiu lat obrzuca mnie człowiek, który nie potrafi uwolnić się od obsesji żydowskiej zemsty i nienawiści (tekst rozszerzyłem – po skrótach redukcyjnych).

    ppłk w st. spocz. Tadeusz Bednarczyk

  4. Leszek1

    27 września 2018 at 04:13

    Cala zydowsko-niemiecka prasa rozpisala sie o zydowskim „egzekutorze”.
    Nic dziwnego, ze trafil tez na portal Prawy.pi.
    Natomiast dla porownania zyciorysow, warto zainteresowac sie ksiazka Tadeusza Bednarczyka, ktora napisal na podstawie osobistych przezyc.
    Najlepiej poznawac historie z roznych, czesto przeciwstawnych sobie zrodel, pamietajac o tym, ze zrodla sowieckie sa niewiarygodne, a zydowskie – klamliwe..
    Cytuje note wydawcy.

    ” ŻYCIE CODZIENNE WARSZAWSKIEGO GETTA. WARSZAWSKIE GETTO I LUDZIE (1939-1945 I DALEJ).

    Nota wydawnicza:

    TADEUSZ BEDNARCZYK (ppłk WP), urodził się w roku 1913 w Warszawie w katolickiej rodzinie rzemieślniczej, ukończył studia ekonomiczne (SGH) i rozpoczął pracę jako urzędnik skarbowy w dzielnicy żydowskiej. W styczniu 1940 zostaje w Komendzie Gł. OW (Organizacji Wojskowej, powołanej jeszcze we wrześniu 39 na rozkaz gen. Sikorskiego) kierownikiem Wydziału ds. Mniejszości Narodowej i Pomocy Żydom. Współpracuje z prezesem gminy żydowskiej int. Adamem Czerniakowem. Na wniosek Bednarczyka OW i CKON (Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych) koordynują swoją pomoc niesioną gettu, a potem ukrywającym się Żydom, był pełnomocnikiem obydwu tych organizacji i AK. Na stanowisku tym zatwierdził go gen. Grot-Rowecki. Z racji funkcji konspiracyjnej miał dokładną orientację w akcji pomocy gettu tak ekonomicznej, jak i wojskowej. Był inicjatorem powstania pierwszych zorganizowanych, zbrojnych ognisk oporu w getcie, ma osobisty udział w powołaniu Żydowskiego Związku Wojskowego, mającego ogromne zasługi w walce z Niemcami i niszczeniu niemieckiej siatki konfidentów i kolaborantów. Pracę wewnątrz getta umożliwiała mu stała przepustka pracownika Urzędów Skarbowych. Bednarczyk jest jedynym żyjącym Polakiem, który był w getcie codziennie aż do 18 kwietnia 1943 r. Ostatni raz był tam nocą z 30 kwietnia na 1 maja 43 dostarczając amunicję walczącym powstańcom.
    ŻYCIE CODZIENNE WARSZAWSKIEGO GETTA – jest nie tylko bogato udokumentowaną relacją o pomocy niesionej Żydom przez Polaków, jest to książka napisana na podstawie osobistych przeżyć, zrobionych natychmiast po wojnie notatek, uzupełniona późniejszymi relacjami świadków tych dramatycznych zdarzeń, oraz innymi opracowaniami historycznymi. Jej pierwszy szkic, czy raczej wersja; powstała 32 lata temu. Nie z winy autora, który proponował jej wydanie licznym oficynom, nie trafiła dotychczas na półki księgarskie i do rąk Czytelników. Niektóre wydawnictwa entuzjastycznie odnosiły się do przedłożonego tekstu, nawet wypłacając autorowi honorarium, ale w ostatnim momencie pod naciskiem „tajemniczych” sił zmieniały decyzję i książka pozostawała nadal tylko w maszynopisie. Jedynie uporowi Autora zawdzięczamy fakt, że wreszcie dostaje ją Czytelnik do ręki. Po zapoznaniu się z jej treścią łatwo zrozumie dlaczego spotkał ją taki, a nie szczęśliwy los, na który z całą pewnością zasługuje. Habent sua fata libelli – książki (jak ludzie) mają swoje losy.”

  5. banita

    27 września 2018 at 09:16

    R.I.P. Spoczywaj w spokoju.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra