Słowa kanclerz Niemiec nie są zaskoczeniem. Unia coraz bardziej skłania się do organizacji preferującej podział na równych i równiejszych. Jednym, tak jak Niemcom i Francji, wolno wszystko, a drugich Bruksela ciągle stawia do kąta i miesza się w wewnętrzne prawa niepokornych państw. Tak jest z Węgrami i Polską. Musieliśmy ulec Unii Europejskiej w sprawie sporu o Sąd Najwyższy. Opozycja tak podgrzewała emocje, głosząc ciągle tą samą i nieprawdziwą tezę o dążeniu partii rządzącej do polexitu, że dużym niebezpieczeństwem było dalej forsować pełny pakiet reform sądownictwa.

Polacy pokochali bezkrytycznie Unię Europejską i nie wyobrażają sobie dalszej egzystencji poza jej szeregami. Ciągłe sączenie jadu przez opozycję o niecnych zamiarach PiS-u, mogło zniechęcić do siebie część wyborców, tych dla których najważniejsza jest otwartość granic, dotacje unijne, że w zamian za te dogodności gotowi są do utraty suwerenności na rzecz silnego przewodnictwa Niemiec.

Zakusy hegemonii niemieckiej to nic nowego. Pamiętamy dobrze, jak kilka lat temu ówczesny minister MSZ Radosław Sikorski forsował tezę sfederalizowania Unii Europejskiej pod egidą Niemiec. Niektórzy Polacy nie wyzbyli się dotąd duszy niewolnika i tak się przyzwyczaili do roli popychadła obojętnie czy pod auspicjami Rosji czy Niemiec, że nie wyobrażają sobie życia, w którym tylko oni ponoszą odpowiedzialność za państwo. Wolą kryć się za plecami jakiegoś hegemona, który będzie za nich decydował.

Nie do takiej UE chcieliśmy należeć. Przyświecała nam idea Unii Szumana, a nie Merkel i Macrona, która obecnie staje się coraz bardziej realna. Kanclerz Niemiec mówiąc o oddaniu suwerenności, dowodziła o niebezpieczeństwach nacjonalizmu i broniła paktu migracyjnego ONZ. A to jest sprzeczne nawet ze zdaniem wielu polityków z CDU. Widać, że Merkel nie wyciągnęła żadnych wniosków z polityki otwartych granic. A to doprowadziło do utraty zaufania, którym Niemcy dotąd darzyli swoją kanclerz. Obywatele Niemiec są już zmęczeni ekscesami emigrantów z Afryki i z Bliskiego Wschodu. Chcą żyć w bezpiecznym kraju, a tego Merkel nie jest w stanie im zapewnić.  Stąd zamieszki uliczne w Chemnitz, odradzające się marsze faszystowskie i rosnąca popularność AfD.

Podobnie jest we Francji, gdzie dochodzi do regularnych potyczek ulicznych na ulicach Paryża. Gdzie na demonstrantów wysyła się żandarmerię, a policja wyjątkowo brutalnie tłumi demonstracje. Francuzi mają dość nieustannych podwyżek narzucanych przez  rządy Emmaniuela Macrona, którego poparcie po półtorarocznym rządzeniu spadło do dwudziestu kilku procent. Prezydent Francji nie może sobie poradzić z obywatelami swojego kraju, nie może im zapewnić bezpieczeństwa gospodarczego i wewnętrznego, a chętnie wypowiada się na temat kształtowania UE pod swoją i Merkel egidą. Poucza suwerenne państwa Unii, jak mają żyć, mówi dużo o demokracji, a sam wprowadza terroryzm. Bruksela nie reaguje na sytuację we Francji, na płonące ulice Paryża, tak samo jak nie reagowała na brutalne tłumienie nastrojów separatystycznych Katalończyków. Nie trudno sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby podobne obrazki z zajść ulicznych miały miejsce w Warszawie czy Budapeszcie. Ale są równi i równiejsi.

Ciekawe jakie będą komentarze Niemiec i Francji po grudniowej konferencji w Marrakeszu, gdzie Polska nie podpisze paktu w sprawie emigracji. Dokument ten przygotowany przez ONZ nie jest „dobrym rozwiązaniem”, a jego efektem będzie „spotęgowanie”, a nie „ograniczenie” kryzysu migracyjnego. W pakcie tym stawia się znak równości miedzy imigracją nielegalną, a imigracją legalną. Swój sprzeciw zapowiedziały już Stany Zjednoczone, Australia,Austria, Węgry, Czechy, Bułgaria i Polska.

Tylko zrzec się suwerenności na rzecz federalnej UE, a niebezpieczne rozwiązania będziemy musieli przyjmować potulnie. Za długo walczyliśmy o niepodległość, dużo straciliśmy krwi w próbach jej odzyskania i za łatwo ją kiedyś straciliśmy, aby teraz znów przechodzić pod „życzliwą” opiekę Niemiec.