Dlaczego tak długo czekał, skoro szkody dla budżetu zadłużonego po uszy państwa rosły, a niszczenie mienia przez zakapturzonych anarchistów i zwykłych złodziei wmieszanych w grupy protestujących trwały w najlepsze? Przecież widać już było, że „żółty bunt” to nie przelewki, rozsierdzeni przykręcaniem śruby i arogancją Macrona buntownicy nie odpuszczą. Na Polach Elizejkskich protestowały przecież nie tylko ultra-lewicowe grupy ze znakami anarchistycznym, hasłami „Precz z państwem”, „Gliniarze to faszyści” i flagami z wizerunkiem Che Guevary, ale przede wszystkim zwykli ludzie z przedmieść i opuszczonej przez polityków francuskiej prowincji. Coraz donośniej rozlegał się uliczny krzyk „Macron do dymisji!”, żądanie rozwiązania niereprezentatywnego parlamentu i rozpisania nowych wyborów. Czekał, bo miał w tym interes, nie wszyscy uświadamiają sobie jaki.

Polityka to teatr. Polityczny teatr rozgrywał się na ulicach i w zaciszu gabinetów Pałacu Elizejskiego - bo przecież Macron i jego Republika w Ruchu nie zamierzały oddawać władzy – ale zastanawiały się też jak „przykryć” podpisanie przez Francję w Marrakeszu Globalnego Paktu na rzecz Migrancji, żeby nie wzbudzić jeszcze większych emocji. Stąd data 10 grudnia, i wysłanie do Marrakeszu na parafowanie dokumentu ministra spraw zagranicznych. Pretekst w postaci wygłoszonego właśnie tego dnia orędzia do narodu, by samemu w tym nie uczestniczyć, chociaż w Marrakeszu Pakt podpisywała sama Angela Merkel, z którą na poparcie tego ONZ-towskiego dokumentu się umówił, było odwróceniem uwagi Francuzów od tego kontrowersyjnego i niekonsultowanego ze społeczeństwem wydarzenia. Można rzec,że teoretycznie Macronowi, manewr ten się udał. W poniedziałkowy wieczór prezydenckie wystąpienie skupiło przy telewizorach więcej Francuzów niż podczas finału Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. No i przekazał dobre wieści. Obiecał sypnąć pieniędzmi: podwyżkę pensji minimalnej o 100 euro, zaniechanie podwyżki składki na ubezpieczenie społeczne dla emerytów ze świadczeniami do 2 tys. euro, nagrody roczne wypłacane przez pracodawców rzędu 1000 euro( jeśli firmy znajdą na to środki!), zwolnienie z podatków za nadgodziny. Wcześniej już nakazał premierowi Philippe rezygnację z podatku ekologicznego i podwyżek paliw zaplanowaną na 2019 rok i obiecał Pakt Społeczny. Bez słowa przepraszam wyznał skuchę, jeśli niektóre jego wypowiedzi uraziły Francuzów i miękko uderzył się w piersi. Żółte kamizelki wygrały.

Pozostaje znakiem zapytania, z jakich funduszy Macron zamierza sfinansować te wszystkie prezenty, jakie zafundował Francuzom pod choinkę, bo jak wyliczono, kosztować one będą budżet ponad 10 miliardów euro, więc deficyt przekroczy 3 proc. Produktu Krajowego Brutto. Jednak rząd pozostaje pewny siebie a – jak podano – ten były bankier Rotschildów już rozpoczął dogadywać się z bankami, a to oznacza pożyczki. Co z tak dużym deficytem zrobi Komisja Europejska, która nie pozwala Włochom na takie zadłużenie, zobaczymy. Przykrywka kosztuje, a skoro globalna lewicowa rewolucja pod egidą ONZ musi trwać, cel uświęca środki.

Tak się złożyło, że francuskie media nie roztrząsały zbytnio przed 10 grudnia zapisów Globalnego Paktu na rzecz Migracji, którego perspektywicznym celem jest ustanowienie prawa do emigracji prawem człowieka. Dopiero po przemówieniu Macrona, który przecież nic o tym nie wspomniał, pojawiły w mediach odważne opinie, prezentujące wątpliwości i zagrożenia, jakie niesie „ Migration Compact”. Niby nie zobowiązujący, prezentujący tylko standardy uregulowań i ucywilizowania całego tego procesu, ale wynika z niego, że eksperci ONZ uważają, iż wszyscy jesteśmy obywatelami świata i bez względu na narodowość każdy może przybyć dokąd chce i osiedlić się gdzie chce. A mówienie o tekscie, który udaje, że podaje tylko zasady i określa ramy przyszłych migracji, że nie jest ważny, to robienie z ludzi głupków.

Sam „Migration Pact”, którego podpisania w Marrakeszu poza 164 aprobującymi państwami odmówiło wiele krajów, m.in. USA, Węgry, Polska, Australia i przez który rozpadł się rząd Belgii, wymaga osobnego tekstu. Tym bardziej, że jego ostateczne przypieczętowanie odbyć ma się 19 grudnia na forum ONZ. Dlatego francuscy publicyści zwracają teraz uwagę, że sprzeciw tych krajów miał głębokie podłoże. Profesor prawa Jean-Louis Harouel twierdzi, że chociaż politycy przekonują, iż Pakt nie ma wartości prawnej, bo nie zmienia przepisów krajowych, a państwa pozostają suwerenne w kwestiach prawa migracyjnego, to jednak .„Pakt o emigracji będzie środkiem nacisku na państwa”. A dla Marie Le Pen ten Pakt to „nowa zniewaga dla najbiedniejszych Francuzów”. Wyliczono, że utrzymanie we Francji imigranta kosztuje 1000 euro i ten koszt będzie dodatkowym ciężarem. Harouel podkreśla, że termin "pakt" wybrany przez Narody Zjednoczone do oznaczenia tego tekstu jest mylący. Nie będzie on prawnie wiążący dla państw sygnatariuszy, ale przewodnią zasadą tego "paktu" jest to, że imigracja znacząco i nieuchronnie będzie rosnąć.

A państwa sygnatariusze są proszone o dołożenie wszelkich starań, aby uczynić ten proces możliwie jak najlepszym. Sygnatariusze są wezwani do zaniechania wszelkich defensywnych działań wobec zjawiska migracyjnego. ”Pakt przyczynia się do ograniczenia wolności słowa i myśli, wartości już zagrożonych w krajach zachodnich, chce narzucić oficjalną prawdę”- twierdzi w „Le Figaro” Jean – Louis Harouel. Przewiduje bowiem sankcje.

O co tu chodzi? Dokument ten wzywa państwa do cięcia dotacji dla mediów rozpowszechniających ksenofobiczny i nietolerancyjny dyskurs. Gazety, które publikują fakty sprzeczne z ONZ- towskim dogmatem o dobroczynnym charakterze migracji zostaną natychmiast oskarżone, że są ksenofobiczne i nietolerancyjne. Francuzi twierdzą, że w sprawie Paktu powinno się odbyć we Francji referendum. Zaczyna im świtać w głowach, że Macron zapowiedzią Paktu Społecznego na użytek krajowy, „przykrył” Pakt Migracyjny, który ich będzie pod każdym względem słono kosztował.