Pierwsza scena to oczywiście szkoły teatralne. Jak powiedział przed laty aktor Ryszard Filipski, „nie ma aktorki i nie ma aktora, który by nie przeszedł przez łóżko reżyserów”. Widzimy wśród obleśnych profesorów różne typy i gusty. Grube, chude, wrażliwe intelektualistki, naiwne i głupie. Widzimy rodzaje i typy męskich pośladków, do wyboru do koloru. Młodzież studencka jeszcze prze kilkunastoma laty przystępująca do Pierwszej Komunii św. jeszcze na wyrzuty sumienia. Pojawiają się dylematy moralne, ale szybko przykryte szaleńczą potrzebą kariery, pieniędzy, zaistnienia, wybicia się. Lub jak u młodych dziewcząt pulsujące kompleksy i brak pewności siebie, które przełamać mogą tylko światła planu filmowego. Ale z wolna reżyser sprawną ręką pokazuje półcienie. Jakby z ciemnego pokoju pojawiają się szepty "aborcja", na która zrzucają się przyjaciele i  koleżanki. Koledzy robią sobie testy na HIV. Słabsi sięgają po narkotyki i alkohol. Każda szkoła ma „swojskiego” dostawcę, rozumiejącego, że wrażliwy artystyczny klient ma potrzeby. Nawet ich nie potępia, dostarcza przecież „pomoc”.  Jest swoistym moralnym pozytywnym kontrapunktem.

Kolejna scena, to już życie teatralno-filmowe. Mordercza walka o środku publiczne oraz prywatne. Funkcjonowanie w świecie procedur i wzajemnych powiązań. Dworskich intryg w „środowisku” oraz zawodowej zazdrości. Ale i korporacyjnej solidarności, jeśli ktoś chce im zabrać „wolność”, choć sami są niewolnikami swojej grupy. Są jak stado szakali, niewolnikami ZŁEGO, sycącego się niszczeniem niewinności i „obalaniem” kolejnego moralnego tabu. A jeśli już ktoś szuka promyczka nadziei w chrześcijaństwie, grupa ateistów przywołuje do porządku. Albo z nami  - albo wylatujesz. Dostęp do „świeżego” aktorskiego narybku czyni życie przyjemnym. Nie których pociąga pedofilia hetero- lub homoseksualna. Te drugie zboczenie jest zresztą powszechne, dziś wyręcz modne. Nawet jak nim nie jesteś, grasz, że jesteś.
Od lobby homoseksualnego wiele zależy, ono może ustawić cię na resztę życia. Ale wracając do pedofilii, ta scena kręcona jest na Dworcu Centralnym w Warszawie, jeden z bohaterów filmu jest aktywnym członkiem działającego tam do 2002 r. „Klubu pedofilów”.

Czas na finał, puenta się zaczyna. Nie ma gromów z nieba, życie artystów toczy się cyklami produkcji filmowej i teatralnej. Obsługiwani przez „dworskich dziennikarzy” nie zadających trudnych pytań, obsypywanie nagrodami, splendorami, „światłami wielkiego miasta”, pochłoniętych absolutem, fetyszem "samorealizacji". Niektórzy w ramach pokuty za zniszczenie sobie życia rodzinnego i małżeńskiego, za wymianę żonami i mężami, za  kochanki i kochanków, za dzieci nienarodzone (wszak sztuka to "zazdrosna kochanka") ląduje w Domu Aktora w Skolimowie, gdzie niepotrzebni mają szanse dostąpić łaski nawrócenia. Jeszcze jeden występ, jeszcze jedno podniesienie kurtyny. Za kamerą zniszczona grzechami twarz reżysera. Ostatni klaps. Światła gasną. To już koniec, „nie ma już nic”.

Piękny film czyż nie? Wojtek Smarzowski, podobnie jak doktor Wiktor Frankenstein tworzy i ożywia istotę-film, zszytą z fragmentów, trupich-grzesznych zwłok historii swojego środowiska i ożywił go swoim talentem. Cymes!