Cóż całe jego życie to gotowy scenariusz filmowy. Urodził się w Kamieniu Pomorskim w 1956 roku, a jego ojcem był rybak, który jednocześnie donosił na innych sprawując "odpowiedzialną i zaszczytną służbę" funkcjonariusza  Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Sam Jureczek wychowywał się w Dziwnowie. Do szkoły jakoś niespecjalnie go ciągnęło, więc edukację zakończył na szkole podstawowej. Co prawda nauczył się czytać i pisać, ale najlepiej wychodziło mu liczenie. Jego rodzina posiadała niewielką przystań i kuter, kiedy jego ojciec zmarł, początkowo pracował jako rybak, żeby dzięki utrzymywać rodzinę, ale uczciwe zajęcie było mu wyjątkowo nie w smak. Postanowił więc  spróbować poszukać  lżejszego chleba, niż ciężka harówa na kutrze rybackim.

W 1977 roku jako 21-latek przeprowadził się do Międzyzdrojów. Tam też dopuścił się pierwszych oszustw i kradzieży. Obiektem jego zainteresowań w tym czasie były starsze od niego kobiety (później całe życie oszukiwał głównie małolaty), w tym przede wszystkim turystki z Niemiec. Po pewnym czasie mężczyzna przeniósł się do Szczecina, gdzie próbował zajmować się cinkciarstwem i sutenerstwem, co szybko mu wybił z głowy miejscowy światek przestępczy (który wówczas był mocno obstawiony przez Służbę Bezpieczeństwa). Ponieważ ten synuś ORMO-wca pozwolenia od SB-ków na "działalność gospodarczą" w obrębie prostytutek i obrotu walutą nie otrzymał skończyło na porządnym łomocie od miejscowych silnorękich. A on sam po wypluciu kilku zębów zmienił szczecińskie środowisko na włóczęgę po kraju.

Po tym, jak poznał pracującą w zakładzie jubilerskim dziewczynę, która nauczyła go, jak rozpoznawać biżuterię zaczął się przedstawiać  jako złotnik. A także parał się także nielegalnym handlem walutą. Oba te fachy w schyłkowym PRL-u powodowały, że młode, naiwne dziewczyny same na niego leciały. I to całymi stadami, choć był skrajnym, bezwzględnym sadystą.

Jureczek Kalibabka był wielokrotnie zatrzymywany przez Milicję Obywatelską. Czasami go puszczano, o wiele częściej udawało mu się zwiać. Tak przykładowo się stało, kiedy po aresztowaniu w 1980 roku został osadzony w areszcie w Kamieniu Pomorskim. Stamtąd też zresztą uciekł zaraz po po wykonanych w pobliskiej przychodni badaniach rentgenowskich. Po ucieczce z więzienia posługując się fałszywymi nazwiskami i dokumentami nadal kontynuował działalność przestępczą. Ówcześni milicjanci pracujący nad sprawą mówili o wymuszaniu seksu, pobiciach, zastraszaniu młodziutkich dziewczyn głownie 17-21 lat, i zwykłych ordynarnych kradzieżach. O tym, że potrafił porwać dziewczynę, zgwałcić ją i pobić, a inna jego wybranka w tym czasie robiła zdjęcia do szantażu, albo wymuszenia milczenia ofiary. Oczywiście, że opierając się na jakimś atawistycznym instynkcie poddaństwa u młodych kobiet bił, gwałcił i poniżał co powodowało, że one nie chciały odejść. Wszelkiej maści sutenerzy i alfonsi potrafią wykorzystywać ten mechanizm.

Ponownie został złapany w kwietniu 1982 roku. Oczywiście dzięki pomocy osób trzecich. W filmie jest słynna scena przybijania stopy Tulipana do podłogi przez szewca, którego siostrę rozkochał i przez swoje oszustwa wysłał do więzienia. I tym razem się już nie wywinął. Proces był wielkim wydarzeniem medialnym. Ostatecznie Sąd w Nowym Sączu postawił mu zarzuty popełnienia 103 przestępstw na terenie całej Polski, choć było wiadomo, że to i tak tylko czubek góry lodowej. Lista przez niego poszkodowanych osób, to około 200 nazwisk. I od początku było wiadomo, że jest mocno niepełna.

Wśród zarzutów były: gwałty, rozboje, pobicia, uwodzenie nieletnich, kradzieże, oszustwa, wyłudzenia, sutenerstwo w formie zmuszania do prostytucji, a także nielegalny obrót obcą walutą. Wartość skradzionych przez naszego milusińskiego przedmiotów szacowano lekko na 15 milionów złotych. I to też była zaledwie część tego co ukradł i wyłudził. W 1986 roku powstał oparty na historii Jerzego Kalibabki serial "Tulipan" a on sam... był konsultantem w trakcie jego tworzenia. Dzięki zarobionym w ten sposób pieniądzom spłacił nałożoną na niego grzywnę. A była ona znaczna, bo blisko milion złotych, co w latach 80-tych stanowiło bardzo pokaźny majątek.


Dziś ta ludzka bestia pewnie zostałaby potraktowana łagodniej, ale władza ludowa musiała okazać surową sprawiedliwość. Dostał więc karę 15 lat pozbawienia wolności i blisko milion złotych grzywny. Na skutek amnestii po odbyciu blisko dziesięciu lat (konkretnie 9 lat i 8 miesięcy więzienia) został zwolniony. Teraz na pewno dostałby niższy wyrok. Takiemu Konradowi Maternie kapelmistrzowi KOD-u Sąd apelacyjny w Krakowie za sprzedaż ponad 200 kobiet do greckich i włoskich burdeli obniżył ostatnio wyrok z 6,5 do 4,5 roku pozbawienia wolności. Ciekawe, że jak był w więzieniu to otrzymywał setki listów... od zakochanych w nim idiotek, które obiecywały mu złote życie, jak tylko wyjdzie z więzienia i z nimi zamieszka.

Po odsiedzeniu wyroku wrócił do rodzinnego Dźwinowa, gdzie związał się z nastoletnią dziewczyną i... otworzył kawiarnię. Jednak charakterek za kratami wcale mu się nie poprawił. Dalej, choć był już pod pięćdziesiątkę taśmowo przerabiał naiwne młode dziewczyny. I nawet dostał jakiś wyrok za znęcanie się fizyczne i psychiczne nad swoją żoną, którą niemiłosiernie lał i gwałcił.

Czy to przypadek, że im ktoś jest bardziej zezwierzęconym, pozbawionym empatii bydlakiem, tym jest bardziej kochany przez kobiety? Czy to może biologia, która nie zmieniła się od czasów zamieszkiwania jaskiń i nadal sprawia, że samica zawsze wybierze największego chama i brutala?