Nie mam nic przeciwko temu, że dyrektorem szkoły został nauczyciel wychowania fizycznego. Natomiast do jego podejścia mam duże zażalenia. W skrócie: nie ważna matura, aby zdać egzaminy zawodowe. Jeśli ktoś szedł na studia, musiał liczyć sam na siebie. Z mojej klasy liczącej ponad 20 osób tylko ja dostałam się na studia dzienne na państwowej uczelni. Ba, nawet najlepszej w Polsce. Czy zawdzięczam to szkole? Absolutnie nie. Gdyby nie samodyscyplina i rodzice, skończyłabym w supermarkecie albo jako kurier, bo taki los spotyka absolwentów tej szkoły.


Jedna klasa równoległa do mojej zaczynała ze stanem około 30 uczniów we wrześniu. Po pierwszym roku było ich około połowy. Świadectwo ukończenia szkoły otrzymało dwoje. O czym to świadczy? Odpowiedzcie sobie sami.


Pewnego razu do szkoły zawitała kontrola z kuratorium. Uczniowie w ankietach mieli wyrazić swoje zdanie na temat placówki, nauczycieli, poziomu nauczania itp. Wicedyrektor rozdał nam te ankiety, po czym dyktował, jakie odpowiedzi mamy zaznaczać: że ta szkoła to nasz najlepszy życiowy wybór i wszystko jest cudownie. Ja napisałam to, co myślę. Pewnie moja ankieta wylądowała w koszu, ale wystarczą mi słowa taty, gdy po powrocie do domu opisałam sytuację. Był ze mnie dumny, że mam własne zdanie i nie boję się go wyrażać. Ten sam pan na lekcji puścił nam na rzutniku „opracowanie” jednej z lektur szkolnych, w którym padało mnóstwo wulgaryzmów. Panie wicedyrektorze, nauczył mnie pan przeklinać, brawo!


Wychowawczyni. Była kobietą życiowo nieszczęśliwą i nieudaną. Gdy podeszłam do niej po lekcji
z zamiarem wzięcia udziału w olimpiadzie językowej, była w szoku. Chciała, żebym w jej imieniu załatwiła jej sprawę u dyrektora, gdyż mam „większą siłę przebicia”. Oburzona, odmówiłam. Tak zaczął się nasz czteroletni konflikt. Zarzuty w moim kierunku: za dużo wie, za dużo rozumie, jest
z Warszawy. Dlaczego to ostatnie tyle znaczy? Dlatego, że nie jestem częścią układu, a moi rodzice nie mają nic do stracenia, walcząc z systemem. Nikt ich nie potępi, nie sprawi, że nie dostanę pracy w tym mieście, skoro nic mnie tu nie trzyma. Pani wychowawczyni bardzo nie podobało się, że mam własne zdanie, że moi rodzice nic z tym nie robią, a raz stwierdziła, że podrobiłam podpis taty na usprawiedliwieniu nieobecności.


Poziom kultury osobistej również nie był zbyt wysoki. Uczniów nauczyciele ganiali za papierosy,
a sami palili w kantorkach przy swoich salach. Jak się wchodziło na lekcje, czasem było czuć woń tytoniu, a gdy się podeszło do nauczycielki, wszystko stawało się jasne, kto jest źródłem aromatu. Niektóre nauczycielki (może się nie znam na modzie) ubierały się, użyję tu mocnego eufemizmu, niestosownie i nieadekwatnie do swojej pracy. A mnie się oberwało za czerwoną szminkę...
Oprócz totalnego niedostosowania do ludzi zdolnych nie w kierunku technicznym (nic nie stoi na przeszkodzie, by elektryk znał cztery języki, prawda?), panował zwyczaj, że nauczyciel jest z zasady dobry i nam uczniom nic do tego. Rozumiem, ludzie prości z małych miejscowości niezwyczajni do wychylania się, przykuwania uwagi do swojej osoby. Lepiej siedzieć cicho. Aż wreszcie pojawiła się paskudna, wredna z wielkiego miasta i zamierza wprowadzać swój mieszczański styl bycia. Myślę, z perspektywy tych paru lat, że nauczyciele w jakiś sposób się bali mnie i moich rodziców, którzy rozmawiali z szesnastolatką jak z zupełnie dorosłą osobą.

Zauważałam ciut więcej od moich kolegów z klasy i, co już było nie do zniesienia, nie bałam się głośno wyrażać własnej opinii. W skrócie: byłam niewygodna. I jeszcze ośmielałam się relacjonować wszystko rodzicom, którzy mnie nie zbywali, jak to bywa w zwyczaju.


Dyskryminacja płciowa. Jeden nauczyciel od przedmiotów zawodowych chyba nie przepadał za kobietami w technicznych zawodach. Jego dyskryminacja przejawiała się w wyzwiskach typu „elektryczna ofiara losu" i masowym stawianiu mi ocen dostatecznych. Bez względu na to, że zrobiłam coś lepiej czy szybciej – trzy na koniec i bez dyskusji. Przecież kobieta nie może umieć programować sterowników, bo to kobieta. A trójka to dla przeciętnego ucznia ocena jak najbardziej zadowalająca. Ten pan był dla mnie bardzo chamski, widać było, że mu się nie chce siedzieć na lekcjach i tłumaczyć cokolwiek uczniom. Nie umiesz? To próbuj do skutku. Mogę śmiało powiedzieć, że ten pan potrafił skutecznie obniżyć samoocenę uczennicy.


Na porządku dziennym było oglądanie filmów zamiast lekcji, uczniowie na niektórych przedmiotach nie musieli się specjalnie kryć z telefonami, nauczyciele przy uczniach zalecali się do siebie i flirtowali. Nie było tajemnicą, że jeden z pedagogów uczących w tej placówce to alkoholik po odwyku.


W temacie alkoholu – nauczyciele nie wylewali za kołnierz na wycieczkach szkolnych. Niektórzy, zamiast spokojnie wytłumaczyć, podnosili głos i bardzo nieprzyjemnym tonem zwracali się do uczniów. My byliśmy dla nich problemem, a im bardziej ambitniejszy się stawałeś, tym bardziej cię chciano stłamsić.


Na pewno są pedagodzy, którzy zasługują na podwyżki. Jednak gdy zobaczyłam zdjęcie że strajku
w mieście, w którym odebrałam edukację średnią i osoby stojące na samym czele to zapytałam sama siebie – czy ci kantorkowi palacze mający awersję do uczniów zdolnych posiadają moralne prawo, by żądać podwyżki? Za co? Za olewaszczy stosunek do przedmiotu? Za skrzywioną twarz, ilekroć uczeń na przerwie podchodzi o coś zapytać? Za łamanie regulaminu? Z tej szkoły podwyżki należą się sprzątaczkom, bibliotekarce i panu od religii, który jako jedyny oprócz zachęcania do olimpiad teologicznych i solidnego do nich przygotowywania, zarażał uczniów swoją osobistą pasją.