Przykładem tego, jak Putin wykorzystuje media w kreacji swojego wizerunku była sprawa zatonięcia wojskowego okrętu podwodnego Kurs - „kiedy w 2000 r. na skutek katastrofy zatonął okręt podwodny, prywatna stacja telewizyjna ORT, należąca do powiązanego z Jelcynem oligarchy Borisa Bierezowskiego wyemitowała nagranie zrozpaczonej matki jednego z marynarzy, oskarżającej ówczesnego wicepremiera o bezczynność i spowodowanie śmierci marynarzy. Putinowi nie spodobało się krytyczne stanowisko telewizji wobec niego. Bierezowskiemu – jeśli wierzyć jego własnym wspomnieniom z filmu poniżej – przedstawiono decyzję Putina, zgodnie z którą miał przekazać 100% akcji stacji telewizyjnej w ręce państwa. Oligarcha próbował się bronić, ale „rosyjskie metody perswazji” spowodowały, że musiał ulec. Nigdy nie dowiedział się, kto tak naprawdę przejął te akcje. Niedługo potem wyjechał z kraju”.

Problemem dla Putina jest to, że nie ma kontroli nad internetem - „filmy na YouTube ogląda tyle samo Rosjan i Rosjanek w wieku 18–44 lat co główny kanał państwowej telewizji (czyli ponad 80%). A „wiadomości” to czwarta najpopularniejsza kategoria w rosyjskim YouTube. Cotygodniowy program na żywo Aleksieja Nawalnego w tym serwisie ogląda ponad milion użytkowników. Program informacyjny na głównym kanale państwowej telewizji – zaledwie trzy lub cztery razy więcej. Wywiady prowadzone przez innego youtubera Jurija Dudę ogląda z kolei średnio ok. 10 mln osób”.

Moskwa ma problem z tym że „pomiędzy kwietniem a wrześniem 2018 r. niemal co dziesiąty Rosjanin przestał czerpać wiadomości z telewizji, a zaczął z internetu. Tam informacje pozyskuje już 37% uczestników badania. Jeszcze bardziej wymowne są wyniki badań zaufania do źródeł wiadomości. Wciąż niemal połowa respondentów ufa informacjom podawanym w TV, ale dziesięć lat temu ten odsetek wynosił aż 79%. W tym samym czasie zaufanie do treści znalezionych w sieci wzrosło z zaledwie 7% do 24%”.

Brak kontroli nad obiegiem informacji w internecie sprawia, że „Putin w polityce krajowej walczy na trzech frontach: chce uzyskiwać dane dotyczące tego, co Rosjanie robią w internecie, umożliwić karanie za szerzenie »niepotwierdzonych informacji« oraz… odłączyć internet rosyjski od tego globalnego (albo przynajmniej mieć taką możliwość)”.

W Rosji działa „VKontakte, będący alternatywą dla Facebooka”, władze mają podobnie jak w wypadku amerykańskich serwisów pełen dostęp do danych użytkowników. Założyciele serwisu społecznościowego, zagrożeni pobytem w łagrze, musieli sprzedać swoje udziały „firmie United Capital Partners, należącej do sojusznika Putina Ilji Szerbowicza” i „bliskiemu sojusznikowi Putina Aliszerowi Usmanowowi”.

Problemem Rosji jest to, że „Rosjanie w dużej mierze korzystają z serwisów bynajmniej nie rosyjskich – takich jak YouTube – a zmuszenie tych techno-gigantów współpracy ze służbami jest już o wiele trudniejsze. Sam Google przyznaje w przygotowanym raporcie na temat transparentności, że najwięcej zgłoszeń dotyczących usunięcia linków do stron z wyszukiwarki otrzymuje właśnie od rządu rosyjskiego. W samej pierwszej połowie 2018 r. było to ponad 19 tys. żądań – w porównaniu do 10 (słownie: dziesięciu) od władz Polski, czy 1002 od rządu USA”.

Nie mając jak wpływać na amerykański serwis, Moskwa wprowadziła przepisy „pozwalające na ściganie osób propagujących w internecie – dosyć luźno zdefiniowane – <<niepotwierdzone informacje>>. Oficjalnym celem nowej regulacji jest oczywiście ściganie fake newsów”.

Moskwa planuje też odcięcie rosyjskiego internetu od zagranicy, co zrobili już Chińczycy. „Pretekstem jest przygotowywanie ichniejszego Narodowego programu gospodarki cyfrowej, przedstawionego we wstępnej wersji Dumie w zeszłym roku. Wymusza on na firmach telekomunikacyjnych – dostawcach internetu – przygotowanie się do sytuacji, w której internet w Rosji zostaje odizolowany (oczywiście, przez „złowrogie zagraniczne mocarstwa”, jak zawsze w historii tego kraju) od światowej sieci”.

By mieć kontrole nad internetem, władze rosyjskie budują „swój odpowiednik <<internetowej książki adresowej>>, czyli Domain Name System (DNS). [...] W praktyce odpowiada on za tłumaczenie nazw domen […] na zrozumiały przez komputery i serwery tworzące sieć adres IP […]. Obecnie za utrzymanie systemu DNS odpowiada 12 organizacji – żadna z nich nie znajduje się w Rosji”.

Moskwa „chce, aby cały ruch internetowy przechodził przez kontrolowane przez państwo i znajdujące się wewnątrz Rosji routery. Dziś pakiet wysłany z telefonu czy komputera w Rosji [...] może podążać wieloma drogami, opuszczając kraj w różnych momentach „przeskoków” pomiędzy węzłami. W zamyśle rosyjskiego rządu ruch generowany przez Rosjan przechodziłby najpierw przez graniczne węzły sieci znajdujące się na terytorium Federacji, swoiste „bramy”. W razie wydania odpowiedniego rozkazu w takich węzłach wszelkie pakiety skierowane „za granicę” mogłyby być tam porzucane, a przesyłane dalej byłyby tylko te skierowane do rosyjskich serwerów lub komputerów. W analogowym świecie wydawałoby się to jasne i proste, przecież tak działają granice państw, ale internet niezbyt przejmuje się geografią świata rzeczywistego”.

Odcięcie rosyjskiego internetu od zagranicznego pozwoli Putinowi na tłumienie potencjalnych wystąpień opozycji, które dziś opierają się na komunikacji internetowej.

Jak do tej pory kontrole nad internetem ma rząd amerykański, w ostaniach latach komuniści w chinach skutecznie oddzieli chińskich internautów od wolnego słowa (dla zysków umożliwiły im to korporacje z USA), Unia Europejska wprowadza cenzurę internetu, swoją cenzurę wprowadza też Rosja – pokazuje to, jak zgodnie imperia walczą z wolnym obiegiem informacji.

Jan Bodakowski