Według eksperta „w obozie III RP" obchody 4 czerwca „celebrowane są jedynie z przyzwyczajenia i braku alternatywy. Nawet w środowiskach najżarliwszych obrońców transformacji w ostatnich latach de facto przyznano rację diagnozie jej krytyków".

 

Jak przypomina ekspert „zainicjowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ostatecznie ustanowiony już przez Bronisława Komorowskiego, stał się dla prawicy potężnym orężem. Wpierw był przyczynkiem do z roku na rok coraz bardziej masowych obchodów – zarówno społecznych, jak i oficjalnych. Wysyp wydarzeń organizowanych przez oddolne inicjatywy oraz władze państwowe (również za poprzednich rządów!) czy samorządowe łączył jeden dzień i szyld. Na trwale zakotwiczył się on w polityczno-kulturalnym kalendarzu i przebudował historyczną wyobraźnię nie tylko zadeklarowanej prawicy, ale i wielu nieszufladkujących się politycznie „normalsów". Tymczasem obrońcy transformacji nie potrafią nawet we własnym gronie podtrzymać sztandaru z szyldem, który kilka lat temu ustanowili".

 

Według eksperta „w narracyjnej wojnie wokół transformacji ustrojowej obóz III RP zwyczajnie poniósł porażkę. Na tyle druzgocącą, że nie tylko nie potrafi opowiedzieć atrakcyjnie o roku 1989, ale wręcz – mimowolnie i zapewne nieświadomie – przyznaje rację obozowi koncentrującemu się na transformacyjnych patologiach".

 

Przejawem tego wchodzenia antyPiSu w schemat stworzony przez PiS jest to jak „najzacieklejsi wrogowie formacji Jarosława Kaczyńskiego próbowali PiS pogrążyć, gdy wytaczali najcięższe działa. Jeśli na moment zapomnimy, kogo próbowano nimi zaatakować, zobaczymy, że wszystkie te próby raczej „PiS-owską" ocenę III RP ugruntowują, niż z nią polemizują".

 

Przykładem tego dla eksperta jest „Afera KNF. Do urzędnika formalnie niezależnego organu finansowego przychodzi jeden z nielicznych, ale wpływowych i rozpoznawalnych polskich miliarderów, by zabezpieczyć swoje interesy. Genezy jego błyskotliwej kariery w III RP wielu upatruje w fakcie, że współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa podjął już w wieku osiemnastu lat, by zaledwie dwa lata później przerzucić się na bardziej prestiżową współpracę z wywiadem PRL. Najwyżsi urzędnicy na telefon postkomunistycznych oligarchów? Brzmi znajomo".

 

Podobny PiSowski schemat widać w aferze „Srebrnej". „Majątek, którego przynależność do środowiska politycznego Prawa i Sprawiedliwości tak dziś oburza krytyków tej partii, ma bardzo konkretną genezę. To rząd Tadeusza Mazowieckiego w ramach politycznego dealu rozdzielał pomiędzy środowiska polityczne komunistyczny majątek Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka-Ruch". By w całym procederze podziału łupów uczestniczyć nie wystarczał dostęp do politycznych decydentów, ale trzeba było jeszcze dysponować sporymi dla niedawnych opozycjonistów pieniędzmi. Piękne przypomnienie historii o uwłaszczeniu konkretnych grup na narodowym majątku i naturze biznesowo-politycznych styków początków naszej demokracji, prawda?".

 

Identyczny PiSowski schemat widać w aferze „działki Morawieckich". „Odrodzone demokratyczne państwo próbuje spłacić „nieswoje długi" i oddać Kościołowi co należne. Momentalnie powstaje wokół tego patologiczny układ urzędniczo-klerykalno-biznesowy, o którym dowiadujemy się mimochodem, gdy autor dziennikarskiego śledztwa przywołuje jako źródło zeznania Morawieckich w postępowaniu prokuratorskim. Negatywnym bohaterem „Wyborczej" jest polityk (w chwili dla afery konstytutywnej niedawny radny sejmikowy), który trafia do zarządu należącego do zagranicznego kapitału banku. Dzięki znakomitym zarobkom w nowym miejscu pracy, ale przede wszystkim koneksjom towarzyskim w różnych wpływowych gremiach (Kościół – polityka – urzędnicy – biznes) jest w stanie zarobić swoje w całym procederze. Gdy zapomnimy o nazwisku atakowanego, to moglibyśmy spodziewać się takiej opowieści raczej w „Gazecie Polskiej", niż w gazecie Adama Michnika".

 

Przykładem utrwalenia się PiSowskiej wizji świata są też „książki Tomasza Piątka. Polska polityka na najwyższym szczeblu – wiceprezes rządzącej partii i minister obrony, a następnie premier i jego bezpośrednie otoczenie – ma podejrzane związki z Rosjanami – światem przestępczym bliskim kremlowskim decydentom i służbom specjalnym. Genezą tych kontaktów mogą być wątpliwe zachowania w rzekomo bohaterskich czasach opozycji demokratycznej. Co prawda, archiwa Instytutu Pamięci Narodowej nic konkretnego nam nie mówią, ale samo to świadczy de facto na niekorzyść oskarżonego. Wszak najgłębiej zakonspirowani agenci mogli być spokojni o ślady po swojej współpracy. O tych prowadzonych bezpośrednio przez Sowietów zaś – w oczywisty sposób nie dowiedzielibyśmy się nic z papierów nadwiślańskiej bezpieki... Cóż, każda opozycja ma widać swojego Wojciecha Sumlińskiego".

 

Według eksperta „Autorzy tych [antyPiSowskich] materiałów powiedzą, że obnażyli skutecznie hipokryzję Prawa i Sprawiedliwości. Ba, pewnie odczuwają dumę, że zaatakowali olbrzyma jego własną bronią. Problem w tym, że w dłuższej perspektywie to może przynosić małą satysfakcję, ale długoterminowo raczej szkodzi obozowi obrońców III RP. Amerykański lingwista George Lakoff przed epoką Obamy diagnozował niepowodzenia demokratów jako porażki na polu języka i wyobraźni. Przekonywał, że na przełomie wieków to republikanie poprzez swoje think tanki, tożsamościowe media i skorumpowanych przez wielki biznes naukowców narzucili w Stanach Zjednoczonych język debaty publicznej, przekonując za jego pomocą do swoich wartości wyborców, których realne interesy kazałyby raczej kierować sympatie w stronę lewicy. Kluczowym pojęciem w opowieści Lakoffa jest „ramowanie" (ang. framing). Chodzi o tworzenie nie tyle kluczowych dla debaty czy kampanii haseł i obietnic, co raczej o określania jej ram, a więc narzucanie tematów dyskusji i sugestywnego sposobu myślenia. Samo ich przyjęcie przez przeciwnika – nawet, jeśli podejmie polemikę! – będzie oznaczało jego porażkę. To definiowanie boiska, na którym ma zostać rozegrany mecz".

 

W opinii eksperta „przez ten pryzmat" warto spojrzeć „na przywołane próby dyskredytowania polityków PiS". To spojrzenie pozwoli zrozumieć „dlaczego muszą być zabójcze dla przyszłości jakiejkolwiek success-story polskiej transformacji opowiadanej w szeregach obozu liberalnego. Zaprzęgnięcie przez obrońców III RP diagnoz krytyków transformacji do ataku na obóz polityczny podzielający te diagnozy to znakomity dowód na trafność oceny polskiej rzeczywistości przez Jarosława Kaczyńskiego. Potężniejszym argumentem na rzecz jego przenikliwości w ocenie patologii transformacji jest chyba tylko fakt, że wiele z nich zna on po prostu z autopsji".

 

Jan Bodakowski