A potem poszło. Kształtował się nowy język, zaczęto nadawać kompletnie inne znaczenie znanym słowom. Ba, wytworzyła się tu jakby dodatkowa specjalność, sięgająca korzeniami w poprzednie dziesięciolecia. Specjalnością ową stało się przekręcanie sensu wypowiedzi przeciwników, że wspomnimy choćby o typowej przeróbce przemowy głównego peowskiego  potwora J. Kaczyńskiego. Do dziś nie pojmuję, a odsłuchałam mowę kilkakroć, jak to się stało, że jego wrogowie sformułowanie „ludzie gorszego sortu” uznali za oceniające właśnie ich, za „mowę nienawiści”. A przecież facet wyraźnie mówił o czasach głębokiej komuny, kiedy to część obywateli służyła jej niemal na kolanach. I właśnie ich nazwał „gorszym sortem”, którym to określeniem teraz tak ochoczo i głupio wywijają.

Jednak prawda nie ma tu znaczenia, tak jak nie miała go lata wcześniej przy ataku na zacnego prymasa Glempa. Głosząc na Jasnej Górze swoją jak zwykle wyważoną homilię podobno okrasił ją elementami antysemickimi. Grzmiała o tym wiadoma gazeta, echo potępienia pędziło po mediach Europy i świata. Wydało mi się dziwnie niejasne, że ten mądry kapłan mógł sobie na coś podobnego pozwolić. Kiedy więc w odpowiedzi na ataki odrzekł krótko, że Kościół ma 2 tysiące lat. Kościół jest cierpliwy – postanowiłam, jak to miewają w zwyczaju historycy, dotrzeć do źródła, do prawdziwej wypowiedzi prymasa. Z trudem bo z trudem, ale jakoś się udało. Czytałam całość wzdłuż i wszerz, po parę razy. Ani śladu czegokolwiek, co wiązało się z atakiem na Żydów. W takiej chwili człowiek czuje się bezsilny. Bo i do kogo ma zgłosić pretensje o kłamstwo? Do jego autorów? Do owładniętej antypolskim szałem gazety? Do jej pobratymców z mediów zagranicznych? Nawiasem mówiąc: chyba właśnie wtedy dano jasny sygnał do wielkiego ataku na Kościół, by z upływem lat zwiększać jego natężenie, ostatnio za pośrednictwem tęczowej ideologii.

Z oświadczeń czy prywatnych wypowiedzi protestariuszy i protestariuszek ( określenie ściągnięte z internetowej dyskusji o ciągłych protestach opozycji) leje się potok przekręcanego znaczenia słów. Formuje nowy język. Twórców zatrzęsienie. Najwięcej wśród tych, którzy jako wstępu do każdej swej gadki używają zbitki „język nienawiści” – oczywiście u tych drugich. Po takim preludium można być całkowicie pewnym, że za moment usłyszymy coś z ich „odwróconego słownika”. Przykłady? Choćby opinia o czymś co się obecnej władzy nie udało. Ale „nie udało” nie istnieje. Zastąpiono to słowem „skandaliczne” lub „haniebne”. Kiepski postępek przeciwnika to „łajdactwo”. Ludzie bijący brawa nie tym co trzeba to „zacofanie” i „ciemnota” często  „kościółkowa”, do czego wstępem były pogardliwe „moherowe berety” Tuska.

Ale prawdziwe żniwo zbierają wystąpienia lub marsze o charakterze patriotycznym, nawet jeśli kroczą w nich pod biało czerwoną flagą spokojni ludzie, chcący okazać przywiązanie do Ojczyzny. Nie łudźmy się. Dla nowojęzykowców to nie żaden patriotyzm, a straszliwy „nacjonalizm” – czasem z dodatkiem „prymitywny” lub nawet „faszyzm”. Odwrotną miarkę stosuje się do marszów tęczowych. Znieważanie mszy świętej i wizerunku Matki Bożej to tylko „incydenty” rozdmuchiwane przez – oczywiście! – siewców języka nienawiści.  

Idą wybory. Słownik odwróconych znaczeń zapewne napęcznieje. W końcu pretendenci do władzy czymś muszą się wykazać, czymś zastąpić brak i programu, i rozumu.

Zuzanna Śliwa