Zaczęło się od tego, że Jason Drew Horowitz z The New York Times z USA zapytał Franciszka, co sądzi o tym, że konserwatywni katolicy z USA, w tym media katolickie, ostro krytykują go i czy nie obawia się schizmy.

Franciszek zrobił wówczas wykład na temat tego, że zasadniczo krytyka jest dobra, o ile jest konstruktywna i on na taką jest otwarty. Musi prowadzić nas jednak do dialogu i być związana z postawą słuchania drugiej strony. Później jednak stwierdził, że niebezpieczny jest prymat "sterylnej moralności" nad "moralnością ludzi Boga", a konserwatywni biskupi i katolicy są zbyt sztywni, skrupulatni, nieelastyczni (ang. "rigidity"). W związku z tym mają oni jakieś problemy i nie należy, w domyśle, zbyt poważnie ich traktować, ale towarzyszyć im z życzliwością.

Traktowanie katolików odwołujących się do Tradycji jako jakiś ludzi zwichrowanych psychicznie nie wydaje się postawą dialogu, ale wręcz przeciwnie - zakłada w punkcie wyjścia, że dialog nie jest możliwy.

Następnie Franciszek stwierdził, że do schizmy może dojść, ale nie z jego winy, poza tym nie należy się tym zbytnie przejmować, bo tak, jak po Soborze Watykańskim I doszło do schizmy starokatolików, tak po Soborze Watykańskim II doszło do schizmy bpa Lefebvre'a. Papież rozwinął tę analogię, stwierdzając, że i w jednym, i w drugim przypadku schizmatycy odwoływali się do tradycji, i w jednym i w drugim mamy do czynienia z koncyliaryzmem, a więc z poglądem, że sobór ma wyższość nad papieżem (w przypadku bpa Lefebvre'a miałby to być postkoncyliaryzm).

Porównanie to z historycznego punktu widzenia jest całkowicie nieadekwatne, jest bardziej zabawą w słowa, niż rzetelnym opisem faktów. Franciszek uznał, że starokatolicy sprzeciwili się temu, że Sobór Watykański I ogłosił dogmat o nieomylności papieża, więc powołując się na "prawdziwą tradycję" (określenie Franciszka), dokonali schizmy. Papież stwierdził jednak, że ta wierność "prawdziwej tradycji" ich nie uratowała, bo skończyła się tym, że obecnie wyświęcają kobiety.

Problem w tym, że historia była zupełnie inna. Starokatolicy, zanim utworzyli kościół w 1870 r., byli nieortodoksyjnym ruchem w łonie Kościoła katolickiego, który istniał już w XV w. Na początku związani byli z biskupstwem Utrechtu, które z przyczyn historycznych otrzymało większą autonomię niż inne diecezje. Później koncentrowali się wokół takich poglądów jak koncyliaryzm, gallikanizm, jansenizm czy józefinizm, które cały czas miały niekatolicki, a wręcz antykatolicki charakter, bo chciały w praktyce utworzenia kościołów narodowych i odłączenia ich od Watykanu. Sobór Watykański I ogłosił dogmat o nieomylności papieża właśnie dlatego, aby zwalczyć błędy starokatolików. Sam świadomie wypchnął ich poza obręb ortodoksji katolickiej, w której tak naprawdę się nigdy nie znajdowali, a starokatolicy mogli albo uznać swoje błędy, albo utworzyć swój kościół, co też uczynili.

W przypadku Soboru Watykańskiego II i bpa Lefebvre'a sytuacja jest zupełnie inna. Nazywanie go "postkoncyliarystą" jest nieuprawniona, o czym świadczy choćby fakt, że utworzył on bractwo Piusa X. W ten sposób chciał podkreślić najwyższą władzę papieża. Lefebvryści nie mają nic wspólnego ze starokatolikami, Sobór Watykański II nie był odpowiedzią na błędy Levebvre'a, a sprzeciw tego ostatniego nie wynikał z nieuznawania jakiś dogmatów (Sobór Watykański II był pastoralny a nie dogmatyczny), ale właśnie z niezgody na odejście od katolickiego nauczania.

Warto pamiętać, że oczywiście "nauczanie samolotowe" to żart, a to, co Franciszek mówi na pokładzie samolotu jest jego prywatną opinią, a nie oficjalnym nauczaniem Kościoła. Niestety katolicy i katolickie media zdają się tego nie dostrzegać.