Listy te przeważnie zawierały wiązanki najbardziej wulgarnych przekleństw, obraźliwe uwagi pod moim adresem i adresem redakcji. Wyrażały też zdziwienie, że można nie kochać „Gwiezdnych wojen”. Fakt, iż wystąpiłem przeciwko nim większość z autorów listów próbowała sobie (i innym) tłumaczyć w ten sposób, że jestem jakimś niekompetentnym prostakiem i oszołomem. Pojawiło się tam też jednak kilka bardziej racjonalnych uwag. Przyjrzyjmy się kilku z nich.

Pan X (zastrzegł sobie anonimowość) stwierdza, że „szkaluję jego ulubiony film” i próbuje udowodnić, że przesłanie „Gwiezdnych wojen” da się pogodzić z chrześcijaństwem, a zauroczenie nimi nie prowadzi do przyjęcia jakiejś nowej opcji religijnej.( o tym, że ten film „jest nieszkodliwy” pisze wielu autorów listów powołując się na swoje osobiste doświadczenia – „Oglądałem film wielokrotnie. Jestem nim zafascynowany, ale nie zmienił on moich poglądów religijnych.”; „Nie spotkałem nikogo, kto by zmienił swoje poglądy religijne po obejrzeniu Gwiezdnych wojen". Pan X pisze tak: „Otóż jasna strona mocy NIE jest stawiana na równi z ciemną. Przykład? Proszę: mistrz Yoda w odpowiedzi na pytanie swojego ucznia „czy ciemna strona mocy jest silniejsza od jasnej?” mówi, że NIE JEST JEDYNIE ŁATWIEJSZA. A zatem czy można nazwać to stawianiem na równi? Oczywiście, że nie.” Odpowiadam: Oczywiście, że tak. To, że nie jest silniejsza i że jest łatwiejsza nie oznacza, że jest słabsza. Zwykła dwuwartościowa logika tego uczy. Pan X dodaje, że dobro zwycięża w filmie zło więc jest silniejsze. Powtarzam. Te zwycięstwa nie wynikają z jakiejś jego strukturalnej przewagi, ale wyszkolenia Yedi i łutu szczęścia. Zawarty w „Gwiezdnych wojnach” opis teologiczny jest jednoznaczny (patrz wyżej). Pan X polemizuje też z moją tezą, że bohaterowie filmu odkrywając w sobie moc podobni są do greckich bogów. Mówi, że, po pierwsze, tylko,kilka osób w sadze dysponuje Mocą, a, po drugie: „moc nie jest siłą wewnętrzną człowieka, jest siłą, która przenika wszechświat, siła trudną do sprecyzowania, siłą, która tworzą wszystkie organizmy żywe. Jest to zasadnicza różnica.” Jaka różnica? Czym od boga różni się człowiek, który może nim się posługiwać, kiedy chce? Czyż ten człowiek nie jest kim większym niż bóg? Tak, przy okazji. Tadeusz Cegielski, obecnie Wielki Namiestnik polskiej masonerii rytu szkockiego tak charakteryzuje maga-kabalistę (kabała to fundament doktryny masońskiej) – „ten, który dąży do zapanowania nad bytem”; „ten, kto zdobywa kreacyjna moc Najwyższego”.

Pan X pisze: „zdrowy psychicznie człowiek nie jest na tyle naiwny (żeby nie powiedzieć głupi), aby pod wpływem jakiegokolwiek filmu stracić poczucie rzeczywistości i mylić rzeczywistość z fikcją wziętą z ekranu.” Proszę Pana. Tysiące ludzi pisze każdego tygodnia do aktora grającego główną rolę w serialu „Ostry dyżur” z prośbą o poradę medyczną. Oni wyraźnie mylą fikcję z rzeczywistością. Proszę Pana. skąd w takim razie biorą się sekty głoszące najbardziej zwariowane doktryny? Czy ci ludzie nie mylą fikcji (niekoniecznie filmowej) z rzeczywistością? Cała istota satanizmu polega na myleniu fikcji z rzeczywistością.

Pan X oburza się, gdy piszę o koszulkach, na których widnieje postać Dartha Maula z rogami – wcielenie zła i mówię o praktycznym upowszechnianiu przez nie satanizmu. Stwierdza: „owszem Darth Maul jest postacią sztandarową nowych "SW: E1", ale proszę zauważyć, że pod koniec filmu zostaje zniszczony! Pokonany przez dobro, przez prawych ludzi. Czy to umknęło pańskiej uwadze?” Co z tego, że został zabity? Czy jednak, w istocie został pokonany? Iluż świętych zostało zamordowanych, zginęło męczeńską śmiercią? Czy to oznacza, że zostali pokonani? Ile osób ich dziś czci? Czyż nie warto się zastanowić nad tym, dlaczego produkuje się i, co za tym idzie, sprzedaje tysiące czy nawet miliony koszulek z podobizną Złego. Dlaczego ludzie, przede wszystkim młodzi, je zakładają? Gdyby potępiali zło nie nosiliby dosłownie na sercu jego podobizny. Co spowodowało ich zauroczenie złem? Czy nie „Gwiezdne wojny”?

Pan X pisze wreszcie o tym, że w filmie prezentuje się „PRAWDZIWE DOBRO”: „Gwiezdne wojny to saga bajkowa, fantastyczna, głosząca czy się to komuś podoba czy nie, idee dobra. Ukazanie postaci wspaniałych władców (królowa Amidala), dzielnych, broniących do końca swoich PRAWYCH ideałów rycerzy (...), a także o sile przyjaźni (...), miłości i chęci walczenia za nią. A co najważniejsze(...), zło przegrywa.”

Na charakter „dobra” przedstawianego w „Gwiezdnych wojnach” zwróciłem tu już uwagę. Można jeszcze dodać, że każda sekta zaczyna od prezentacji jakiegoś dobra (np. podejmuje działalność charytatywną), by później łatwiej usidlić ludzi. Dziś, co pokazuje przykład Pana X, wielu ludzi nie do końca już zdaje sobie też sprawę z tego, co tak naprawdę dobrem w istocie jest, a co nie. Nie sama miłość jest dobrem. O tym czy jest ona związana z dobrem (czy jest naprawdę miłością) świadczą jej owoce. Można pomagać ludziom, bo się coś od nich chce albo po to, by później się tym przechwalać lub by, po prostu dobrze się czuć. To nie jest dobro.

Autorzy pozostałych listów nie wnoszą innych argumentów. Warto jedynie zwrócić uwagę na sposób ich myślenia. Tak więc np. Pan A.Z. pisze: „Proszę pamiętać też, że taki przedstawiciel Buddyzmu może myśleć o pańskim Bogu to samo, co pan o jego, a każdy z was będzie zaklinał, że jego Bóg jest prawdziwy. Każdy ma swojego Boga, bo każdy z nas jest inny.” To zdanie mnie nie dziwi w kontekście następującej wypowiedzi Pana A. Z.: „Ja sam Gwiezdne wojny oglądałem już wiele razy, tak często, że nie jestem w stanie powiedzieć dokładnej liczby seansów.” To zdanie to klasyczny przykład twierdzenia wchodzącego w skład doktryny satanistycznej. Cóż bowiem takiego twierdzi w nim Pan A.Z.? Twierdzi, że to człowiek określa Boga, a nie Bóg człowieka, a więc, że to człowiek jest tym właściwym, prawdziwym Bogiem. Ktoś powie - Pan A. Z. jest po prostu ateistą. Czyż jednak ateizm nie jest często drogą na skróty do satanizmu? Wystarczy, że ateista poogląda sobie „Gwiezdne wojny”.

Pan D.W. pisze zaś: ”Sam jestem wielkim zwolennikiem gwiezdnej sagi pt. Star Wars. (...) Jeśli przyjąć punkt widzenia pana Krajskiego, to należałoby przywrócić system totalitarny (przykład np. Iranu), gdzie cenzura jest wszechobecna. A może panu Krajskiemu marzy się powrót do czasów, kiedy Kościół miał olbrzymi wpływ na to, co działo się wokół. (...) A o ile się nie mylę to podstawą wiary chrześcijańskiej jest głoszenie Prawdy.”

Czy ja proponowałem zdjęcie filmu? Ja tylko przed nim ostrzegałem. I to właśnie w imię prawdy, w obronie ludzkiej wolności, którą film ten próbuje zabrać poprzez indoktrynację.

Pani A. H., studentka dziennikarstwa, stwierdza zaś, że „Gwiezdne wojny” to dobry sposób na zarobienie pieniędzy, a to przecież jest celem wszystkich, także „Naszego Dziennika”, a kto ma pieniądze ten jest szczęśliwy, więc czego się tu czepiać.”

Ciekawa jest wypowiedź osoby podpisującej się jako Dr Deadman: Musimy pamiętać o tym, że to nie Lukas zrobił film na użytek NEW AGE, tylko organizacje działające w „duchu nowej ery” wykorzystały, nie mając do tego prawa, świat Gwiezdnych Wojen na swój własny użytek i do sobie znanych celów.” Tu ręce opadają. Jest to bowiem próba ignorowania oczywistych faktów.

Jeżeli tak mają myśleć następne pokolenia dziennikarzy to ja dziękuję.

Zdumiewający jest ładunek emocjonalny włożony przez autorów listów w ich treść. Oni się po prostu, jak mówi to młodzież, pienią. Tak jakbym ugodził ich w najczulsze miejsce lub bluźnił przeciwko ich Bogu.

Przykłady: „W tym, co pan Krajski napisał można powiedzieć, że jest tylko ziarnko prawdy. Reszta to stek bzdur.” (D.W.); „Czy nie zastanawiał się pan nad wizytą u jakiegoś specjalisty, proponuję psychiatrę.”; „Jak można pisać takie brednie?” (M. K.); „Ten tekst o Star Wars z 21 września to jakiś oszołom nawiedzony, idiota pisał chyba.” (Matrix), itp.

Zobaczmy te listy, ta zawarta w nich agresja, brak w nich argumentów racjonalnych, zachwyt nad filmem, przywiązanie do niego jak do jakieś świętości to dobre świadectwo prawdzie, prawdzie o tym, że film „Gwiezdne wojny” jest filmem niebezpiecznym, wywołującym zmiany w myśleniu i nastawieniu do świata. Jest, i chyba nikt już temu nie zaprzeczy po zapoznaniu się z wyżej przedstawionymi dowodami, filmem propagującym jedną z bliskich satanizmowi wersji dojrzałego pogaństwa.

Potwierdza to, dodatkowo, list czytelnika wydrukowany w „Naszym Dzienniku” w dniu 2.11.99 r. będący reakcją na moje artykuły o „Gwiezdnych wojnach” Czytelnik ten pisze, między innymi: „Uważam, że w większości spraw się Pan nie myli. Osobiście jestem fanem „GW” i wszelkie porównania będę opierał o swoją osobę Film zainteresował mnie około 6 lat temu. Od tamtego czasu moje życie znacznie się zmieniło. Ściany mam obklejone plakatami, kubki w kształcie bohaterów etc. Zmieniło się także moje patrzenie na świat. Zacząłem zachowywać się jak bohaterowie Sagi. Zacząłem uważać siebie za kogoś lepszego (nie chodzi mio to, że traktowałem siebie jak Jedi, ale patrzyłem na wszystkich z lekką pogardą). Pana Boga zacząłem wyobrażać sobie w postaci starca w czarnym kapturze. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na obmyślanie dalszych przygód bohaterów. Nawet z jednym z nich się utożsamiłem. Obecnie, gdy oglądam „GW" i widzę swojego bohatera, odnoszę wrażenie, że to ja sam. Najgorsze jest to, że zacząłem patrzeć w gwiazdy. Ogarnął mnie żal, że nie mogę się wyrwać do tamtego świata. Piszę to całkowicie poważnie. Jestem wrażliwcem, cienkoskórnym, i na pewno wielu fanów takich jak ja nie ma (na szczęście). Ostatnio oglądałem w kinie „Mroczne widmo" (byłem na tym 4 razy). Muszę Panu przyznać rację, że zafascynował mnie Darth Maul (bardziej postać Qui Gon Jinna, ale zaraz po nim Sith). Wydawało mi się to normalne, ale jak patrzę na to z „zewnątrz”, to dochodzę do wniosku, że coś nie tak się ze mną stało. Byłem człowiekiem religijnym, kochającym Boga. Dzisiaj dalej chodzę do kościoła, lecz jest to tylko obecność ciałem. Duchem jestem w świecie „GW". Pana artykuł „otworzył mi oczy”. Niestety, mając już świadomość, czym jest ten film, nie potrafię o nim zapomnieć, l choć chciałbym z powrotem kochać Boga, a nie siebie, nie jestem w stanie tego dokonać. Przynajmniej na razie. Tak więc Pana artykuł mówi prawdę. Ja jestem na to żywym przykładem”.