Widzimy jednak, że tak wcale nie jest, że partie dość starannie ukrywają przed obywatelami, jaką metodą chcą dojść do dobrobytu, a jeśli się już spierają, to wcale nie o to, która ideologia jest lepsza, tylko o to, która partia wyda najwięcej pieniędzy odebranych obywatelom pod pretekstem troski o ich dobro, no i oczywiście – o różnicę łajdactwa. Jak powiadają Rosjanie, nikt bowiem nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, toteż licytowanie się na różnicę łajdactwa ma głęboki sens i partie chętnie się w taką licytację wdają. Ot i teraz politykowi partii rządzącej przytrafił się casus pascudeus, bo dziennikarz śledczy wykrył, iż tamten wynajął swoją kamienicę, czy nawet dwie, miejscowym alfonsom, którzy urządzili tam agencję towarzyską, vulgo burdel. Burdel, z prawnego punktu widzenia, jest takim samym przedsiębiorstwem, jak każde inne, chociaż oczywiście czerpanie korzyści z cudzego nierządu nie jest powodem do chwały. Nie sądzę, by takie sprawy nie były znane bezpieczniakom, którzy z prawdziwą zapamiętałością nurzają się w takim Scheissie. Dlaczego zatem za pośrednictwem dziennikarza śledczego ujawnili to akurat teraz? Odpowiedź jest oczywista – bo teraz są wybory, więc z ujawnienia takiej informacji można zrobić wieloraki użytek, więc właśnie dlatego bezpieczniacka wataha, akurat nieżyczliwa rządowi, wetknęła dziennikarzowi śledczemu nos w ten trop, no a on już tym tropem dalej podążał samodzielnie, chociaż chyba niezupełnie, bo niektóre szczegóły wskazują, że mógł być zdalnie wspomagany. Polityk pozwał wprawdzie dziennikarza przed niezawisły sąd, ale sam też musiał się zawiesić w sprawowanej funkcji i kto wie, czy kiedykolwiek na nią powróci, bo zastępca też ma wiele gąb do wyżywienia i to towarzystwo będzie broniło swoich nowych możliwości maczania pyska w melasie, niczym niepodległości, a nawet lepiej, bo kto dzisiaj broni niepodległości? I kto wie, jak długo by trwało rozdziobywanie afery z udziałem dygnitarza, gdyby inna bezpieczniacka wataha, tym razem dlaczego oś rządowi życzliwa, nie ujawniła dialogów na cztery nogi, jakie w zaufanym gronie prowadził polityk z przeciwnego obozu, to znaczy – z obozu zdrady i zaprzaństwa. To znaczy bezpieczniacka wataha bezpośrednio tego nie ujawniła; tego by jeszcze brakowało, żeby się miała tak dekonspirować – ale od czego są konfidenci? Z tych podsłuchanych nagrań wynika, że polityk ów opowiadał swoim słuchaczom, jak się robi politykę i to bez żadnych eufemizmów, bo w końcu bywają sytuacje, kiedy nawet polityk musi powiedzieć prawdę. A ponieważ nic tak nie gorszy, jak prawda, to podniosła się fala obłudnego oburzenia, wskutek czego polityk musiał zrzec się sprawowanej funkcji, a o aferze z kamienicą wszyscy zapomnieli.

 

Podobnie podejrzana cisza panuje wokół tzw. afery podkarpackiej, gdzie dwaj Ukraińcy, prawdopodobnie współpracujący ze Służbą Bezpieki Ukrainy, przejęli sieć agencji towarzyskich, do których przybywały tłumy polityków, ale chyba z obydwu obozów, to znaczy – zarówno z obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i z obozu zdrady i zaprzaństwa. Tak się podobno składało, że najwięcej polityków latało z Warszawy do Rzeszowa, który – jak tak dalej pójdzie - to zostanie polskim Las Vegas. Ale bo też i politykom należy się chwila wytchnienia, bo – jak to jeszcze przed pierwszą wojną światową pisał Tadeusz Boy-Żeleński - „Praca posła ciężka, szczera. Z rana poseł się ubiera, fagas listy mu otwiera, on tymczasem się wybiera – do Puchera!” Nic dziwnego, że po takiej ciężkiej pracy poseł, czy dajmy na to – minister - potrzebuje się odprężyć, a właśnie na to czyhają bezpieczniacy nie tylko ze Służby Bezpieki Ukrainy, która w ten sposób może zaskarbiać sobie przychylność podglądanych i nagrywanych dygnitarzy, ale i bezpieczniacy miejscowi, dzięki czemu przynajmniej część polityków skacze potem przed nimi z gałęzi na gałąź.

 

Bo nasza młoda demokracja podszyta jest bezpieczniakami, którzy tak dobrali sobie reprezentację społeczeństwa do rozmów przy okrągłym stole w 1989 roku, żeby nie było żadnych niespodzianek. Czuwał nad tym wszystkim wywiad wojskowy, czyli stare kiejkuty, które na użytek demokracji przybrały nazwę WSI, zanim wypączkowały z nich aż dwie inne bezpieczniackie watahy. Jak pamiętamy, WSI zostały rozwiązane we wrześniu 2006 roku – a co robiły przez poprzednie 16 lat? Ano, pracowicie werbowały agenturę i to nie wśród gospodyń domowych, a następnie – umieszczały ją tam, gdzie rozmaite pomysły przybierają postać prawa – a więc w konstytucyjnych organach państwa. Potem tam, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki. Także tam, gdzie decyduje się o śledztwach; komu zrywamy paznokcie, a komu zostawiamy, no i tam, gdzie się wydaje wyroki; kto idzie do lochu, a kto wychodzi sobie na świeże powietrze. Wreszcie tam, gdzie wytwarza się masowe nastroje, a więc w niezależnych mediach, zwłaszcza głównego nurtu, w przemyśle rozrywkowym i środowiskach opiniotwórczych. Ta agentura wie, czemu i komu zawdzięcza pozycję społeczną i materialną, więc jest dyspozycyjna i zdyscyplinowana, dzięki czemu stare kiejkuty bez problemów ręcznie sterują całym państwem – oczywiście starannie podtrzymując demokratyczną fasadę i starannie dbając, by ani dla obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm ani dla obozu zdrady i zaprzaństwa nie wyrosła ani z jednej, ani z drugiej strony polityczna alternatywa, która likwidowana jest w zarodku jako „folklor”.