Aby nie było problemu z utworzeniem rządu, który ma zagwarantowane poparcie większości parlamentarzystów, stworzono system, który na wiele sposobów faworyzuje partię, która zdobywa największą liczbę głosów. W wyborach parlamentarnych w 2015 r. PiS uzyskał 37% głosów, co przełożyło się na ponad połowę mandatów w sejmie (235 na 460).

System ten przewiduje, że jeśli dana partia znajdzie się pod progiem wyborczym, to jej głosy są przeliczane (choć nie w proporcji 1:1) na miejsca w sejmie dla ugrupowania, które zdobyło największą liczbę głosów. Oznacza to, że jeśli ktoś w najbliższych wyborach zagłosuje np. na Konfederację, a ta znajdzie się pod progiem, to głosy oddane na tę partię zasilą w praktyce partię zwycięską, czyli prawdopodobnie PiS.

Mówienie więc przez polityków PiS-u, że głos oddany na Konfederację jest głosem straconym, jest kłamstwem. W dodatku, jeśli Konfederacja wejdzie do sejmu, PiS uzyska naturalnego koalicjanta. Warto w tym miejscu zauważyć, że system ten powinien zniechęcać wyborców nastawionych bardzo negatywnie do PiS-u na głosowania na małe ugrupowania. Ich głos może bowiem, wbrew ich woli, wzmocnić partię Jarosława Kaczyńskiego.