A zaczęło się wszystko w czerwcu 2016 roku. Wtedy to sąd w Hadze odczytał wyrok dotyczący skargi organizacji ekologicznych działających w Holandii przeciwko rządowi premiera  Marka Rutte o szkodliwą działalność i niewystarczające działania na rzecz poprawy klimatu na Ziemi. Sąd przyznał rację ekologom i nakazał rządzącym ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 25 proc.. Mają to zrobić do przyszłego roku. Holandia jest krajem, w którym wyroki sądów traktuje się bardzo poważnie i  rządzący wpadli w panikę.

Dziwny wyrok, bo Holandia jest krajem, w którym właściwie nie ma przemysłu, to kraj, który bardzo poważnie traktuje ekologię, może pochwalić się  odnawialnymi źródłami energii, silnym eksportem i prężnym, rozbudowanym rolnictwem.  Dlaczego ma zatem redukować coś, czego nie ma? Trzeba było z tego impasu jakoś wyjść. Rozwiązanie znalazła partia Zielonej Lewicy, partii powstałej z połączenia się chadeków z zielonymi i komunistami. Nie są oni w parlamencie poważną siłą, ale mają duży wpływ na decyzje podejmowane w ministerstwach.  Otóż politycy Zielonej Lewicy doszli do przekonania, że należy ograniczyć holenderską gospodarkę rolną o połowę. Marzy im się stopniowe wprowadzanie wegańskiego świata, który ma zapanować za 50 lat.  W swoje działania wprzęgli organizacje prozwierzęce, ekologiczne, a nawet ekoterrorystyczne. Trzeba było do swojej szalonej teorii przekonać społeczeństwo holenderskie.  Od tego czasu rozpoczęła się w mediach i w Internecie kampania przeciwko rolnikom.  Nazywali ich „mordercami zwierząt”, „dręczycielami i sadystami”, „trucicielami klimatu”.

W pobliżu Boxtel na jedną z hodowli trzody chlewnej wdarli się aktywiści i żądali aby właściciel wydal im „więzione” zwierzęta. Interweniowała policja, ale aktywiści nie chcieli opuścić hodowli.  Okazało się, że wielu z nich nie ma obywatelstwa holenderskiego. Są nimi po prostu obwoźni działacze, którzy podobne akcje przeprowadzali w Australii, Kanadzie, Hiszpanii i Anglii.

W wyniku tak agresywnych działań rolnicy postanowili się zjednoczyć. Założyli organizację Korpus Obrony Rolników, która przewodzi obecnymi protestami farmerów.

Na szczęście holenderscy rolnicy nie są w swym proteście odosobnieni.  Podobne poglądy jak oni mają farmerzy z Niemiec, Francji i Polski.  W tym samym czasie co blokady dróg holenderskich miały miejsce manifestacje na autostradach w Niemczech i we Francji.  Mają tam dość zielonej lewicy, która terroryzuje władze i chce zaprowadzić absurdalny porządek gospodarczy. Na początku października we Francji farmerzy zablokowali główną trasę pomiędzy Paryżem a Lyonem. Niemcy w geście protestu stawiają na swoich polach zielone krzyże. Odbyły się duże protesty w Bonn i kilku innych niemieckich miastach. W Polsce 10 października dwanaście największych organizacji rolniczych zorganizowało konferencję. Przedstawiciele sektorów: mleczarskiego, produkcji jaj, trzody chlewnej, drobiu, wołowiny i przemysłu futrzarskiego wystawiło dwóm największym organizacjom prozwierzęcym fakturę na 167 mld zł. Powiedzieli, że zgadzają się na przerwanie swojej działalności rolnej, ale muszą spłacić rolnicze kredyty. Żądają  również zwrotu kosztów inwestycyjnych i wartości nieruchomości oraz pokrycia strat, które poniesie państwo polskie.

„To nie jest tak, że u nas problemu nie ma – mówi Szczepan Wójcik rolnik i prezes Instytutu Gospodarki Rolnej – Do Sejmu dostała się potężna reprezentacja skrajnej lewicy i partii zielonych, w Parlamencie Europejskim szaleje posłanka od Biedronia Sylwia Spurek, która żąda zablokowania budowy S7 pod Krakowem, bo jej koledzy ekolodzy znaleźli siedliska chomików w pobliskim lesie. Do tego komisarzem ochrony środowiska ma być nienawidzący naszego kraju Frans Timmermans. Koń trojański w postaci donoszących na Polskę polityków i wspierających ich zagranicznych organizacji ekologicznych już jest. Mamy więc dwie możliwości:  czekać aż zaczną wychodzić z niego  współcześni Achajowie, albo czym prędzej wyprowadzić tę piekielną konstrukcję poza bramy miasta, zanim będzie za późno”.