Pamiętam choćby reportaż o szkole w Siennicy na Podlasiu. Powstała jeszcze za czasów carskich i zasłużyła się wielce w podtrzymywaniu ducha niepodległości. Tutejsi nauczyciele walczyli nie tylko słowem ale i czynem. Jeden z nich zginął w wojnie 1920 roku. Ale jak wspomnieć bohatera walki z czerwonymi, jeśli temat to niedopuszczalny? Nawały bolszewickiej nie było - i kropka! Wymieniając zasługi uczniów i nauczycieli w zdanie ilu i kiedy ich zginęło w powstaniach i wojnach światowych, w ciąg dat wstawiłam rok 1920. O dziwo, cenzura to przeoczyła. Mogłam z satysfakcją odbierać gratulacje, bo sporo osób ową zakazaną datę wychwyciło.

Dziwaczne zabawy z Mysią urwały się w roku 1989. Jednak uczulenie na cenzurę tak szybko nie zniknęło. Na to trzeba było lat. Nie spodziewaliśmy się, że ta zakała kiedyś wróci.

Niestety, cenzura znów wystawia swój złowieszczy łeb. Ba, nawet kryteria są poniekąd zbliżone do tych, jakie stosowano dawniej. Zdefiniować je można krótko: Naszym wolno wiele albo wszystko. Nie naszym nie wolno za wiele, albo nic.

Dobitnym przykładem tego jest coś, co nazwałam sądowym teatrem jednego zdania. Rodzajem preludium do tego były sądowe utarczki dziennikarzy z wydawcą wielonakładowego w latach 90-tych dziennika; wówczas jedynie słusznego. Nie patyczkował się z tymi, co ośmielili się pisać krytycznie o poczynaniach czy stwierdzeniach naczalstwa gazety. Krytyka taka skutkowała pozwami. Dlatego ten i ów dziennikarz wolał się nie wychylać, by nie łazić po sądach i ponosić konsekwencji finansowych dotykania nietykalnych. Był to pierwszy znak tej nowej cenzury.

Widowiskową odsłoną sądowego teatru jednego zdania stała się sprawa sprzed ok. roku. Jej początek dała dyskusja o aborcji. Zabrało w niej głos wielu publicystów, ludzi kultury i celebrytów, m.in. dziennikarka znana z ostrego prezentowania swoich racji oraz z telewizyjnych reklam towarów, Dorota Wellman. Po jej wypowiedzi w aborcyjnym sporze prawicowy pisarz Jacek Piekara wstukał w Twitterze jednozdaniową opinię na ten temat. Nie było to eleganckie w odniesieniu do jej kobiecości,  i zakrawało na tzw. gruby żart. Jak gruby, wkrótce miał się przekonać. Za to jedno niemądre zdanie podała go do sądu. Nie stało się jednak tak, jak w porzekadle „sąd nierychliwy, ale sprawiedliwy”. Okazał się nader rychliwy a wydany wyrok spadł na nieszczęśnika niczym miecz katowski. Suma kary przerażała: blisko pół miliona złotych. Jak na człowieka parającego się piórem, więc niezbyt bogatego,  był to wyrok okrutny.

Drugi przykład, częściowo z naszej łączki, bo jego bohater Stanisław Michalkiewicz pisuje i na tym portalu. W tekście o wzbierającej fali oświadczeń różnych pań, które nagle przypominały sobie, że były kiedyś przez kogoś molestowane użył dosadnej, jednozdaniowej i prześmiewczej oceny tego zjawiska jako sposobu na wzbogacenie. Niestety dla niego, wnioski te wywiódł w związku ze sprawą pani Ż., która otrzymała milion zł. odszkodowania za to, iż molestowna była przez księdza. Pani Ż., choć nie wymienił jej nazwiska, poczuła się znieważona i sprawa trafiła do sądu. Co dziwne, pozwany o procesie nie wiedział; zawiadomienia kierowano na nieuktualny od lat adres. Mimo to wyrok zapadł. Jedno zdanie sąd wycenił na ponad 200 tys. Michalkiewicz dowiedział się o tym, gdy chciał podjąć z banku pieniądze. Jednak konto już zajęto zna poczet kary. Wrogowie SM, odważnego i ostrego jak żyleta publicysty, mogli wiwatować. Ktoś wreszcie niepokornemu dokopał!

Z podobną jednozdaniówką ma obecnie do czynienia kolejny prawicowy redaktor. Jego szanse są marne, bo i ma niewyparzoną, do tego prawicową gębę. Ośmiela się krytykować elity. Można tylko żywić nadzieję, że wysokie kary za jedno zdanie to incydentalne przypadki. Jednak czy nie jest to nadzieja złudna? Być może wkrótce doczekamy rekordu: kilkaset tys. za jedno słowo. Na pewno nie będzie to słowo „faszyści”, „naziści” i podobne, jakimi bezustannie szkalowana jest prawica. Te jakoś niemrawo trafiają przed sądy. A jeśli już, stosownych kar tu nie uświadczysz. Nawet żadnych kar.

Bo krytykować to My - elita! Ale nie Nas!

Zuzanna Śliwa