Teraz stało się o nim głośno z powodu działań mających nie dopuścić do dalszego procedowania nowelizacji ustawy o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Zamiast skupić się jedynie na tym, co jest w kompetencjach Senatu, marszałek wzorem totalnej opozycji, udał się po pomoc za granicę. Poprosił o spotkanie z viceprzewodniczącą Komisji Europejskiej Vierą Jourovą. Wcześniej jeszcze w swoim liście do niej zapewnił, że Senat „należycie rozpatrzy wszelkie projekty aktów prawnych, które mogą zagrażać rządom prawa w Polsce i polskiemu sądownictwu”. Krytykom powtarzał, że ma prawo do konsultacji z przyjaciółmi z Unii. Pojechał do Brukseli, nie wiadomo, jakie snuł tam opowieści.

W piątek dostał list od komisarz Rady Europy Dunji Mijatović, w którym pani komisarz Praw Człowieka Rady Europy pisze, że nowelizacja powinna zostać odrzucona w całości. Ale na tym nie koniec działań pana marszałka. Otóż zaprosił do nas Komisję Wenecką, aby zbadała nowelizację. Tym samym Tomasz Grodzki złamał dwa artykuły konstytucji: artykuł 133 i 146, które mówią wyraźnie, że takie działania są jedynie w gestii rządu i głowy państwa. Tym samy obecność Komisji Weneckiej u nas stała się wizytą nieoficjalną i nieformalną. Została zaproszona przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła do zwiedzenia Muzeum Żołnierzy Wyklętych, aby mogła poszerzyć swoją wiedzę historyczną. Komisja składająca się z ekspertów z Bułgarii, Irlandii, Szwecji i Niemiec nie skorzystała z tego zaproszenia, jak również z zaproszenia sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, którzy chcieli rozmawiać z ekspertami. Komisji Weneckiej wystarczyły spotkania z Rzecznikiem Praw Obywatelskich Adamem Bodnarem i z prezes SN Małgorzatą Gersdorf. Konkluzja nasuwa się sama: Komisja Wenecka przyjechała do Polski z gotowym już raportem. Stąd również taki list z dyktatem komisarza Rady Europy. Oni wszystko tam już dawno ustalili. Winna jest obecna władza w Polsce, która ciągle gnębi biednych sędziów. Taki jest efekt ciągłych donosów na Polskę. To aktywny rodzaj działań opozycji, która w ten sposób pracuje już piąty rok, czyli od czasów, gdy rządy przejęła Zjednoczona Prawica.

W Brukseli wszystko po staremu – czy Timmermans czy Jurova walą w ten sam bęben: ze wszystkich sił utrudniać życie partii rządzącej w Polsce , dyktować co nam wolno, a co nie. Stosowanie się do takich dyktatów to utrata suwerenności Polski, która spod jarzma komunistycznego dostaje się pod dyktaturę unijną. Marszałek Grodzki jest dopiero na początku swojej działalności w tym zakresie. Aż strach pomyśleć, co się będzie działo w jego dalszej kadencji. Nie wiadomo po co spotkał się już z ambasador Rosji. Chce prowadzić alternatywną do MSZ politykę zagraniczną. On jako marszałek Senatu nie ma do tego żadnych kompetencji. W swoim zadufaniu działa bezkarnie i bezprawnie.

A prawda jest taka – aby sprawować funkcję marszałka Senatu trzeba mieć nieposzlakowaną opinię. I tym się powinien zająć Tomasz Grodzki, aby mógł zostać wiarygodnym marszałkiem Senatu. On nadal nie wyjaśnił swej lekarskiej działalności, w okresie gdy kierował szczecińską placówką szpitalną. Coraz więcej osób zgłasza się z doniesieniami, że dawało panu profesorowi pieniądze za leczenie, operację. Same zapewnienia marszałka, że nie ma z tym nic wspólnego, nie wystarczą. Sprawą zajęła się już prokuratura. A marszałek Grodzki z ciemną plamą na sumieniu, której niestety nie widać, bryluje w polityce i kreuje się coraz bezczelniej na hegemona polskiej polityki. Myśli, że tak zamydli nam oczy, że trawestując Gombrowicza będziemy głosili: marszałek Grodzki wielkim człowiekiem jest.