Gdy tylko przebrzmiała radosna wiadomość, że tegoroczną noblistką w dziedzinie literatury została polska pisarka Olga Tokarczuk, wiadome było, że nie będzie to Nobel dla Polski, jak to było w poprzednich edycjach, gdy ta prestiżowa nagroda wędrowała w ręce Polaków, tylko raczej dla Olgi Tokarczuk. Pisarki utalentowanej, ale też wielce kontrowersyjnej, o jaskrawym ideologicznym profilu. Wielu też w Polsce mówiło – komentując na gorąco wydarzenie – o „Noblu ideologicznym” i nowo upieczona noblistka już wkrótce potwierdziła te przypuszczenia.

Najpierw, jeszcze przed odbiorem nagrody, śmiało podtrzymała swe wcześniej wypowiedziane słowa: „Trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy, jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”, choć ich ahistoryczność i ocierający się o manipulację skrót myślowy mogłyby bronić tylko osoby, które w szkole podstawowej miały „pałę” z historii.

Gdy przyszedł czas uroczystego wręczenia Nobla w Sztokholmie, słowa polskiej noblistki „zaprocentowały”. Wygłaszający laudację na jej cześć członek Szwedzkiej Akademii Noblowskiej Per Westerberg skrzętnie skorzystał z „wiedzy” historycznej noblistki chwaląc ją za to, że „nie ucieka od niewygodnej prawdy, nawet pod groźbą śmierci”. A ta niewygodna prawda, to oczywiście „polski kolonializm i antysemityzm”. O polskich niewolnikach czemuś nie wspomniał Szwed. Może nawet on uznał, że ustrój niewolniczy do Polski pasuje jak „krowie siodło”, że zacytuję klasyka.

Profesor Andrzej Nowak komentując później laudację Szweda zasugerował, że znakomity członek noblowskiej Akademii mógłby się zastanowić nad tym, czy nie wypadałoby uderzyć się najpierw we własne – szwedzkie piersi, zanim załomocze się w cudze – polskie... Nowak przypomniał mu przy tym zniszczenie Polski przez Szwedów podczas potopu.

Destrukcja i cierpienia zadane wtedy na polskiej ziemi przez bitnych przodków Grety Thunberg nie miały sobie równych – aż do czasu nadejścia rodaków Goethego w 1939 r. Wykształcony na Uniwersytecie w Uppsali Per Wästberg powinien wiedzieć, że najcenniejsza część księgozbioru tej starej uczelni składa się z książek zrabowanych przez Szwedów w Polsce. I nieoddanych do dziś mimo zobowiązania wynikającego z pokoju oliwskiego z 1660 r.

Znakomity Szwed, mam nadzieję, nie będzie na wzór opiewanej przez niego Tokarczuk „uciekał od niewygodnej prawdy” historycznej wobec własnych dziejów. „Nawet pod groźbą śmierci”. I książki Polsce zwróci.

Jednak, jak się później okazało, laudacja Pera Westerberga była tylko preludium do dalszych potknięć noblistki na trudnym, jak się wydaje, dla niej terenie dotyczącym historii. Olga Tokarczuk bowiem w swej późniejszej mowie noblowskiej znowu nieszczęśliwie powróciła do tematów historycznych, tym razem już w wymiarze międzynarodowym. I znowu uczyniła to nad wyraz nieszczęśliwie. Oskarżyła mianowicie Hiszpanów i ich Kolumba o depopulację Ameryki Łacińskiej, gdy ci odkryli kontynent w roku 1490. Nonszalancko przy tym ogłosiła, że z winy powyżej wspomnianych z 60 mln tubylców Ameryki Południowej przeżyło zaledwie 4 mln. Reszta 56 mln zginęła albo wskutek zawiezionych przez odkrywców chorób, albo w rezultacie niewolniczego ucisku i zniewolenia Indian, albo po prostu została zabita przez konkwistadorów.

Polska pisarka wprowadziła w zakłopotanie wielu Hiszpanów – zareagował na kolejny ekskurs historyczny Tokarczuk hiszpański publicysta El Mundo Jonas Ekstroemar. Dalej w słowach dość dosadnych zarzucił jej, że „wzorem innych miłośników fikcji i bajkopisarstwa schroniła się w popularnych stereotypach, aby dopasować się do aktualnych klimatów i wymogów”.

I rzeczywiście, hiszpański dziennikarz pewnie ma rację. Bo istotnie teza o katolickiej Hiszpanii, która doprowadziła do holocaustu Indian, nie mogła przecież nie spodobać się odbiorcom mowy noblistki. Wszystko zgodnie z obowiązującą aktualnie w Skandynawii poprawnością polityczną, a że fakty się nie zgadzają – to wiadomo, tym gorzej dla faktów.

Zagwozdka jest w tym, że Tokarczuk pomyliły się porządki liczb. A może nawet nie pomyliły się, tylko jak sugeruje dziennikarz El Mundo, uległa ona propagandzie Czarnej Legendy Hiszpanii, którą w średniowieczu upowszechniali o katolickim kraju protestanci, posługując się ówczesnymi face newsami.

Gdyby jednak sięgnąć do źródeł np. Angel Rosenblat „Rdzenna ludność Ameryki od 1492 do dziś” (Buenos Aires 1945), to wyszłoby, że przed Kolumbem liczba autochtonów w obrębie całego kontynentu nie przekraczała 13 mln. W roku 1570 spadła ona do 11 mln. Zaś po procesach krystalizacji narodów Ameryki Łacińskiej w roku 1825 ustabilizowała się na poziomie 8 mln. Ponadto, autor polemiki przypomniał też polskiej noblistce, że oprócz działań konkwistadorów wpływ na ogólny ubytek autochtonicznej ludności miały mordy na masową skalę, jakich się dopuszczały wzajemnie skonfliktowane tubylcze ludy. Kończąc swój komentarz do mowy noblowskiej Tokarczuk Jonas Ekstroemar poprosił ją, że gdyby w przyszłości chciała mówić „o pewnych momentach historii”, zechciałaby jednak wcześniej sięgnąć do literatury przedmiotu i dokumentów. Inaczej, jak sama wspomniała, „kłamstwo staje się bronią masowego rażenia”. Niestety.

Tokarczuk jest zaledwie kilka tygodni noblistką, a już dała się poznać Polsce i światu od strony zaskakującej wręcz nonszalancji, z jaką głosi o nieistniejących (sic!) „momentach historii”, by potem je spożytkować do wcześniej wytyczonych przez siebie tez. Chce być krytyczna wobec swej Ojczyzny i narodu. Być może nawet pretenduje do roli „sumienia narodu” wzorem byłych wieszczów. Talentu literackiego jej nie brakuje. A jednak wieszczem nie jest i raczej nigdy nie będzie.

Bo łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć”.