Jak się okazuje, od polityki uciec niepodobna, nawet podczas niewinnej przejażdżki po Bawarii, a  cóż dopiero w sytuacji, gdy epidemia zbrodniczego koronawirusa wkłada w ręce rządów władzę dyktatorską? Okazuje się, że w demokrację, którą przecież też ktoś musi kierować, to możemy się bawić, jak jest piękna pogoda, a i to ostrożnie, podczas gdy przychodzi co do czego, to okazuje się, że jednak dyktatura jest dobra na wszystko. Mam nadzieję, że jak tylko wrócimy do normalności, cokolwiek by to miało znaczyć, to uczeni politologowie zajmą się tym fenomenem i przestaną tak zachwalać demokrację, która – jak się okazuje – nie jest warta nawet funta kłaków. Może jednak być odwrotnie – że waśnie zaczną zachwalać demokrację, bo – jak zauważył Franciszek ks. de La Rochefoucauld – tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

   Na razie jednak umiłowanie  demokracji przegrywa na całej linii z instynktem samozachowawczym, zgodnie ze spostrzeżeniem starożytnych Rzymian, którzy i na tę okoliczność sprokurowali pełną mądrości sentencję: primum vivere einde philosophari, co się wykłada, ze najpierw żyjmy,  a dopiero potem będziemy sobie filozofowali.  Sytuację tę wykorzystuje nie tyle może nawet rząd, co rządowa telewizja, która nieprzejednaną opozycję nieubłaganym palcem dźga w chore z nienawiści oczy, wytykając im, że nic nie robi dla ratowania zdrowia Polaków. To akurat prawda – ale cóż niby miałaby robić, skoro wszystkie możliwości i zasoby państwa spoczywają w rękach rządu? Wprawdzie rządowa telewizja specjalnie tego nie eksponuje, ale intencja przekazu jest jak najbardziej czytelna: opozycja powinna podporządkować się rządowi, bo w przeciwnym razie zostanie oskarżona w najlepszym razie o znieczulicę, a w najgorszym – o zbrodnicze intencje. Mogliśmy się o tym przekonać choćby na podstawie relacji z ostatniego posiedzenia Sejmu, na którym posłowie mieli uchwalić tak zwaną „tarczę antykryzysową”, której obszerny projekt rząd przedstawił im podobno w ostatniej chwili. Wprawdzie zgłosili tam sporo poprawek, co ze zgrozą odnotowała rządowa telewizja, ale nie miało to przecież znaczenia, bo większość rządowa przegłosowała, co było trzeba – łącznie z tak zwaną „wrzutką”, czyli dodanymi w ostatniej chwili przepisami dopuszczającymi głosowanie na odległość, albo przez pełnomocnika. W ten oto sposób pan prezes Jarosław Kaczyński, którego nie bez powodu nazywam wirtuozem intrygi, postawił całą opozycję pod ścianą – bo tego tylko by brakowało,  gdyby w sytuacji, gdy naród ginie, wykłócała się o sposób, czy nawet termin wyborów prezydenckich. Bo ta zmiana miała na celu doprowadzenie do wyborów prezydenckich w terminie zaplanowanym uprzednio, kiedy jeszcze naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, nie nawiedził zbrodniczy koronawirus. Wprawdzie powiadają, że pośpiech jest potrzebny tylko w dwóch przypadkach: przy biegunce i przy łapaniu pcheł, ale okazuje się, że i przy wyborach prezydenckich także, że bez względu na okoliczności odłożyć ich nie można. Tak właśnie uważali starożytni Rzymianie, czego dowodem jest kolejna, pełna mądrości sentencja: pereat mundus, fiat iustitia – co się wykłada, że niech zginie świat, byle tylko sprawiedliwości stało się zadość. W tym przypadku może nie tyle sprawiedliwości, bo niektórzy nieubłaganym palcem wytykają,  że ta nowelizacja kodeksu wyborczego jest sprzeczna z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, według którego nie powinno się nowelizować tego kodeksu później, niż na 6 miesięcy przed planowanym terminem wyborów, co demokracji, której liturgii nie można  odkładać nawet pod pretekstem epidemii zbrodniczego koronawirusa. Nieprzejednana opozycja, to znaczy – KO i Konfederacja, gotowa był nawet przystać na zdalne głosowanie pod warunkiem, że nie można będzie w ten sposób zmienić konstytucji, ani kodeksu wyborczego – ale posłowie Zjednoczonej Prawicy i Zjednoczonej Lewicy, którzy na tę okoliczność stanęli ramię w ramię w egzotycznej koalicji, tę propozycję odrzucili. Dzięki temu demokracja, przynajmniej chwilowo,  odniosła zwycięstwo nad instynktem samozachowawczym.

   Ale  umiłowanie samej demokracji jeszcze nie wyjaśniałoby takiej determinacji. Gdzie mądry człowiek ukryje liść? - pyta Chesterton w opowiadaniu „Złamana szabla” i odpowiada: w lesie. A kiedy nie ma lasu? To mądry człowiek zasadzi las, by ukryć w nim  liść. W tej sytuacji niektórzy twierdzą, że ta cała „tarcza antykryzysowa”, to tylko taki las, w którym o drugiej w nocy ukryty został liść w postaci zmiany kodeksu wyborczego, która ma ułatwić wybór pana Andrzeja Dudy na drugą kadencję prezydencką. Najwyraźniej wybór pana prezydenta na drugą kadencję jest ważniejszy od wszystkiego, przynajmniej  dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który – jak wspomniałem – nie bez powodu uchodzi za  wirtuoza intrygi. Dlaczego ta jest – tajemnica to wielka, tym bardziej,  że pan prezydent mógłby wygrać z posągową panią Małgorzatą Kidawą-Błońską i bez tego – ale – jak powiada poeta - „na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności”. Ale chociaż pan prezes Jarosław Kaczyński jest wirtuozem intrygi, to jednak takim, który bardzo często, a być może nawet zawsze, potyka się  na końcu o własne nogi. Tak może być i w tym przypadku, bo – jak zauważył pan Wojciech Hermeliński, były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej -  tak późna zmiana kodeksu wyborczego może stać się podstawą podważenia ważności wyborów prezydenckich. Ważność wyboru stwierdza Sąd Najwyższy, który jest – ma się rozumieć – niezawisły, jak żaden inny – ale skądinąd wiemy, że jego stosunek do aktualnego rządu nie jest – delikatnie mówiąc – entuzjastyczny, więc orzeczenia stwierdzającego nieważność wyborów prezydenckich wykluczyć w tej sytuacji nie można. A co wtedy? „Wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie” - twierdził Klucznik Gerwazy – ale jak tu „wygrać w polu”, kiedy ze względu na epidemię zbrodniczego koronawirusa być może i wtedy nie będzie można wychodzić z domów? Co tu ukrywać – konfrontacja instynktu samozachowawczego z umiłowaniem demokracji może przynieść nam jeszcze wiele niespodzianek, zgodnie ze spostrzeżeniem, że od polityki uciec niepodobna.

                                                             Stanisław Michalkiewicz