Ich poziom zachorowalności osiągaliśmy dopiero po około 4-5 dniach.  Sytuacja wyglądała na bardzo groźną, w kraju nad Wełtawą   wprowadzono więc stan wyjątkowy i obowiązkowe noszenie maseczek przez wszystkich. Przez dłuższy czas czeskie służby medyczne notowały też minimalną liczbę zgonów. Dziś powoli doganiamy jednak Czechów pod względem liczby zakażonych ( w Polsce 2347, a w Czechach  3330).  Niestety w ostatnich dniach w Czechach gwałtownie zaczęła rosnąć  liczba zgonów, których jest aktualnie 32. Trzeba jednak przyznać, iż Czesi mają jeden i tak  jeden  z najniższych współczynników śmiertelności z powodu COVID-19 na całym świecie. Ponadto w Czechach przeprowadzą się więcej testów niż w Polsce (u nich nieco ponad 55 tys., a u nas nieco ponad tysiąc więcej, ale przy blisko czterokrotnie większej liczbie ludności).

Z Pragi płyną jednak do nas optymistyczne informacje pokazujące, że surowe restrykcje rzeczywiście przekładają się na efekty.  Republika Czeska dobrze radzi sobie z rozwojem epidemii, powiedział w środę minister zdrowia Czeskiej Republiki  Adam Vojtěch. „Liczba nowych pacjentów rośnie stosunkowo powoli, nawet w kontekście liczby przeprowadzonych testów” - wyjaśnił. Według bieżących obliczeń do końca kwietnia w Czechach powinno być zarażonych ponad 14 tysięcy osób. Szacuje się, że zarażeni zarażają teraz jedną osobę,  jeszcze dwa tygodnie temu było to dwie i pół osoby. Czechom nie  grozi więc raczej włoski scenariusz rozwoju epidemii.
Jest więc szansa, że przy dojrzałej postawie polskiego społeczeństwa i u nas dalszego wzrostu zachorowań rozwój epidemii nie będzie tak tragicznych w skutkach jak we Włoszech czy Hiszpanii.
 
Arkadiusz Miksa