Z artykułu opartego na analizie można się dowiedzieć, że „nie wykrywamy wszystkich chorych na koronawirusa i nie ma w tym nic dziwnego. […] Część przypadków we wszystkich państwach pozostaje niewykryta z paru powodów: wielu chorych na COVID-19 przechodzi infekcję bezobjawowo lub sądzi, że to zwykła grypa; dla części zapewne brakuje testów. Pamiętajmy też o tym, że choroba potrzebuje paru dni na rozwój – dziś więc diagnozujemy przypadki, które zaraziły się na przykład tydzień temu. Prawdziwych zarażonych na pewno jest więc dzisiaj więcej niż rozpoznanych, bo choroba dopiero się u nich rozwija”.


Według informacji z artykułu opartego na analizie wynika, że „w połowie marca byliśmy w stanie wykrywać około 6-8% przypadków, ale wraz z rosnącą liczbą wykonywanych testów nasza zdolność do diagnozy rośnie. Według analizy, 26 marca diagnozowaliśmy już 18-45% wszystkich obecnych w Polsce przypadków koronawirusa”.


Sytuacja w Polsce na tle innych krajów nie jest zła - „w innych państwach liczba zdiagnozowanych przypadków do wszystkich chorych wahała się od poniżej 20% (w przypadku Włoch, Hiszpanii, Turcji, Francji czy Wielkiej Brytanii) do ponad 50% (Niemcy, czy też mająca szczególnie wysoki wynik Korea Południowa)”.


Zdaniem autora artykułu „każdy z nas może pomóc odciążyć wykonujące testy laboratoria poprzez jeszcze bardziej rygorystyczne stosowanie się do zasad izolacji. Im bardziej ograniczymy rozprzestrzenianie się wirusa dzisiaj, tym mniej będzie przyszłych nowych przypadków, a więc za parę dni rosnąca liczba testów pozwoli nam diagnozować większy odsetek chorych”.


Prawdopodobnie każdy zarażony zaraża kolejne prawie trzy osoby (2,6). Izolacja w Wielkiej Brytanii pozwoliła zmniejszyć ten współczynnik „2,6 do około 0,62”. W opinii autora artykułu „mając w pamięci słowa ministra Szumowskiego, mówiącego o dostępności dziesięciu tysięcy łóżek i około 1300 respiratorów w samych szpitalach zakaźnych, widzimy, że potrzebujemy dzięki izolacji i kwarantannom zredukować przenoszenie wirusa o ponad pięćdziesiąt procent, aby nie przeciążyć systemu opieki zdrowotnej”.


Zakłada się, że śmiertelność na koronawirusa wynosi 1,25%. W opinii autora artykułu „to od naszego dostosowania się do coraz ostrzejszych reguł zależy, czy przeciążymy system ochrony zdrowia i czy liczbę ofiar będziemy liczyć w tysiącach”.


Epidemiolodzy zakładają, „że osoby, które wyzdrowiały po COVID-19 mają zbudowaną odporność na tę chorobę. Nie wiemy jeszcze, na jak długo ją zachowują. A to oznacza, że niezbędna dzisiaj izolacja nie rozwiązuje problemu długoterminowo, bo wciąż możliwy będzie nawrót choroby. Jeśli zredukowalibyśmy przekazywanie wirusa o 90%, na jesień wciąż prawie wszyscy mieszkańcy Polski mogliby się zarazić, najprawdopodobniej mielibyśmy do czynienia więc z powrotem epidemii. Co musiałoby skutkować kolejną kwarantanną chroniącą zdrowie i życie z oczywistą szkodą dla gospodarki i miejsc pracy. Dlatego nie liczmy na to, że z dnia na dzień wszelkie rygory izolacji zostaną zniesione. Do „normalnego” jeszcze parę miesięcy temu życia będziemy wracać krok po kroku. Być może najpierw pójdziemy do pracy, a dopiero za jakiś czas uruchomione zostaną szkoły czy uniwersytety. Najprawdopodobniej do czasu wyprodukowania skutecznej szczepionki pewne obostrzenia zostaną z nami na stałe”.


Zdaniem autora artykułu „jeśli zrealizujemy pozytywny scenariusz, w którym rozprzestrzenianie się wirusa zostaje zahamowane, to do czasu zaszczepienia populacji będziemy musieli zapobiec powrotowi epidemii. Potrzebujemy długofalowej strategii działania na długie miesiące po izolacji. Być może będziemy zmuszeni dłużej izolować osoby zagrożone, wykorzystywać technologię do śledzenia kontaktów ludzi, czy przeprowadzać masowe testy serologiczne. Testy serologiczne pozwalają wykryć, czy we krwi obecne są przeciwciała powstałe na skutek obrony organizmu przed COVID-19. W ten sposób możemy się dowiedzieć jaka część populacji naprawdę przeszła (nawet bezobjawowo) tę chorobę i kto jest jeszcze na nią podatny. Co w przypadku nowych ognisk zachorowań pozwala objąć izolacją przede wszystkim zagrożone osoby”.


Według autora artykułu „drugim pomysłem jest śledzenie kontaktów chorujących i obejmowanie kwarantanną osób mających z nimi styczność. To oczywiście już dziś stosowana praktyka. Po wyjściu z kwarantanny wykładniczo wzrośnie liczba osób, z którymi kontakt mogła mieć dana osoba, zanim poczuła symptomy choroby. Dlatego będziemy potrzebowali działań podobnych na przykład do Singapurskiej aplikacji zbierającej przez Bluetooth informację o urządzeniach w pobliżu. Aplikacja ta, co ważne, nie dzieli się naszymi danymi, o ile nie zachorujemy. Nie zbiera też danych lokalizacyjnych, a jedynie identyfikatory urządzeń w pobliżu. To pozwala w znacznym stopniu chronić prywatność chorujących, a ich samych – przed społecznym ostracyzmem”.


W opinii autora artykułu „trzecim przykładem takich działań jest selektywna izolacja najbardziej zagrożonych przypadków, w tym na przykład osób starszych. To zrozumiała procedura, która co prawda większości z nas uniemożliwi zobaczenie się z rodzicami czy dziadkami przez znacznie dłuższy czas niż parę tygodni, ale pomoże nam ochronić ich przed chorobą. Jeśli nie chcemy odwiedzać dziadków i rodziców na Wszystkich Świętych, to osobno powinniśmy spędzić nie tylko Wielkanoc, ale też być może Wigilię”.


Opracował Jan Bodakowski