Pierwsze wiadomości o epidemiach pochodzą z roku 985. Zaraza, jaka wybuchła po kilkunastu latach ciągnęła się od roku 1003 do 1007. Atak morowej śmierci nadszedł i w 1118 r., trwając z przerwami aż po 1124 r. Kolejne lata i wieki niosły kolejne epidemie; ich lista jest bardzo długa. Niektóre szalały rok, inne nawet po kilkanaście lat ( np. w l. 1704-1719) pustosząc ludzkie siedziby, niszcząc dorobek obywateli. Bliższe naszym czasom uderzenie moru dotknęło Polskę w 1769 r.; przywlekli go na tereny Podola i Wołynia rosyjscy żołdacy. Zaraza ta rozeszła się po całej Ukrainie i Rusi Czerwonej zabijając 200 tys. ludzi. W samym Kamieńcu Podolskim zmarło ich blisko 30 tys.

Dla ówczesnych lekarzy było oczywiste, że mór jest skutkiem przemieszczania się ludzi. By zapobiec jego rozprzestrzenianiu stosowano środki podobne do tych dzisiejszych. Od przybyszów zaczęto żądać świadectw, że są z okolicy gdzie zarazy nie ma. Czasem obcy byli poddawani długiej kwarantannie i chcąc dostać się do miast musieli wpierw 6 tygodni czekać pod ich murami. Usuwano z ulic i domów włóczące się koty i psy, dla osób podejrzewanych o styczność z chorobą budowano poza  miastami przejściowe baraki z desek. Baczną uwagę zwracano też na przywożone towary; tych nie kierowano do sklepów, tylko przetrzymywano w wyznaczonych do tego szopach. Wedle bowiem przekonania, które zresztą z punktu widzenia obecnej wiedzy były słuszne, zarazki przemieszczają się nie tylko od człowieka do człowieka, lecz mogą przenosić się na przedmiotach. Za bardzo niebezpieczne uważano tu tkaniny, futra i pierze. Innym, niewątpliwie rozsądnym zaleceniem było wietrzenie pomieszczeń ( i dziś jest to zalecane) bowiem zaraza najszybciej dojrzewa w miejscu wilgotnym, ciepłym i dusznym.

Dawnym lekarzom, podobnie jak teraz, w XXI w., zadawano pytanie jak długo zarazki mogą przeżyć. Za sprzyjające mu środowisko uważano duszne, wilgotne piwnice. Tam mogły przetrwać i 15 lat! W pomieszczeniu dobrze wietrzonym czas ten kurczył się do kilkunastu lub 30 dni. Zaś w człowieku – nosicielu samoczynnie obumierały po 40 dniach.  

To morowe powietrze dawni lekarze wyobrażali sobie na różne sposoby. Dla jednych było rodzajem istoty, która przybierała kształt kłębiącej się gęstej mgły, jadowitej pary, wnikającej do ciała wraz z oddechem. Choć pogląd ten wywodzi się sprzed wieków, zawiera podstawową prawdę, uznawaną i dzisiaj. Podobieństwo można również znaleźć w zaleceniach ochronnych. Ujęto je krótko w wierszyku (podaję za Zygmuntem Glogerem): „To troje zwykło w ludziach powietrze wytracać: wnet daleko wyjść, uchodzić i nierychło wracać.”  Co w tłumaczeniu na język współczesny oznacza to, iż trzeba  szybko odsunąć się od źródła zarazy i nie wracać póki źródło jest niebezpieczne.

Imano się  najrozmaitszych sposób, aby chorobę wypędzić. Jednym z nich było puszczanie krwi, co miało zmniejszyć zawartość w ciele morowego jadu. Poza tym stosowano wspomniane wietrzenie izb i niszczenie rzeczy chorych oraz zmarłych, które najczęściej palono. Utrzymywał się też pogląd, że ci, co chorobę przeszli, bardzo rzadko zapadali na nią ponownie.

Sumując: mimo rozwoju medycyny musimy przyznać, że metody naszych przodków nie odbiegały aż tak daleko od dzisiejszych. W obliczu wszechświatowego moru nie wydajemy się wiele mądrzejsi. To prawda , że skuteczniejsze jest teraz  leczenie. Jednak nie posunęliśmy się za daleko w wymyśleniu sposobów na powstrzymanie zarazy. Są podobne do tych dawnych: oddalenie, kwarantanna, higiena. Podobieństwo da się zauważyć jeszcze w jednym: boimy się nie mniej niż nasi pradziadowie.

Zuzanna Śliwa