Gdy w połowie marca masowo zawieszano kolejne europejskie ligi, niemal natychmiast rozpoczęła się dyskusja na temat tego, co zrobić, jeśli sezonu nie da rady dokończyć. UEFA ogłosiła, że nie może odgórnie narzucić poszczególnym krajom żadnych wiążących reguł, zatem finalne decyzje prawdopodobnie będą się różniły w zależności od podejścia władz: państwowych, związków piłkarskich i ligowych oraz samych klubów. Najbardziej radykalne pomysły mówiły o potraktowaniu sezonu 2019/20 jakby wcale się nie odbył i anulowaniu wszystkich wyników. W takim wypadku nie przyznano by tytułu mistrzowskiego, nie byłoby też żadnych spadków i awansów. Częściowo na to rozwiązanie zdecydowali się Holendrzy, ale nie tylko tam pokrzywdzeni mówią o skandalu. 

Afera w Holandii

Pierwsi o zakończeniu sezonu zaczęli poważnie wspominać Belgowie, lecz to ich sąsiedzi otworzyli puszkę Pandory. Szefostwo holenderskiego KNVB (odpowiednik PZPN-u) pierwotnie planowało zezwolić na powrót w połowie czerwca, jednak wszelkie wątpliwości rozwiał tamtejszy rząd. Wprowadzono państwowy zakaz organizacji zawodowych meczów piłkarskich do… 1 września. Przedstawiciele krajowej federacji stanęli pod ścianą, ale nie zwlekali z “wyrokiem”. Zaledwie trzy dni po decyzji władz, KNVB zdetonowało prawdziwą bombę. Wybrano najbardziej radykalny wariant w wersji “light”, która jednak nie zrekompensowała strat poszkodowanym klubom.

Nie wyłoniono mistrza, nikogo nie relegowano do niższej ligi, a miejsca w pucharach przyznano na podstawie aktualnie obowiązującej tabeli. W teorii wyglądałoby to na niezły, dość uczciwy kompromis. Związek postanowił jednak, że z drugiego poziomu rozgrywkowego… nikt nie awansuje. Lider zaplecza, Cambuur Leeuwarden, miał jedenaście punktów zapasu nad trzecim, barażowym miejscem i pewnie zmierzał do Eredivisie. Przedstawiciele tego klubu bez ogródek mówili o “największym skandalu w historii holenderskiego sportu”. KNVB nie chciało słyszeć o powiększeniu ligi.

W środkach nie przebierali też szefowie Utrechtu, którzy uznali działania federacji za “niedopuszczalne” i zapowiedzieli wstąpienie na drogę sądową. “Utreg” ucierpieli dwukrotnie. Po pierwsze, tracili trzy punkty do piątej pozycji premiowanej przepustką do Ligi Europy. Szkopuł w tym, że zajmujący tę lokatę Willem II Tilburg rozegrał jedno spotkanie więcej. Gdyby Utrecht nadrobił straty i wygrał zaległy mecz, przeskoczyłby w tabeli bezpośrednich rywali. Po drugie zaś odwołano finał Pucharu Holandii z jego udziałem, w którym wygrana również daje bilet na arenę międzynarodową.

Pretensje płynęły też z Alkmaar, bo AZ miało tyle samo punktów co pierwszy Ajax Amsterdam, wygrało z nimi oba spotkania, ale poprzez minimalnie słabszy bilans bramek zostało na drugim miejscu, co oznacza start od wcześniejszej rundy Ligi Mistrzów. Z perspektywy czasu wydaje się, że Holendrzy postąpili pochopnie, a rozstrzygnięcia nie miały wiele wspólnego ze sportowym duchem walki. Poszkodowani na pewno nie odpuszczą.

Pretensje, protesty, groźby

Kilka dni po wybuchu awantury w Holandii o zakończeniu rozgrywek Ligue 1 i Ligue 2 zadecydował rząd francuski. Kluby z niecierpliwością czekały na komunikat władz ligi. I znów nie obyło się bez kontrowersji. Francuzi postawili na inne karty niż “Pomarańczowi”. Mistrzostwo kraju przyznano PSG, a ponieważ zespół ze stolicy kraju miał sporą przewagę nad resztą stawki, to nikt specjalnie nie protestował. Ogłoszono też, że dwie ostatnie drużyny w tabeli opuszczą szeregi pierwszoligowców i w kolejnym sezonie będą rywalizować na drugim szczeblu, a na ich miejsce wejdą dwie najlepsze ekipy zaplecza. 

Informacja o spadkach i awansach wywołała skandal. Prezydent Amiens, przedostatniego zespołu, który tracił do bezpiecznego miejsca tylko cztery punkty (a do rozegrania pozostało dziesięć kolejek), od razu zagroził, że albo decyzja ulegnie zmianie, albo jego prawnicy lada chwila wniosą pozew przeciwko władzom ligi. Pieklili się też w ostatniej Toulouse, choć tam akurat strata była znacznie większa. Amiens rozpoczęło zbiórkę podpisów pod petycją o powiększenie ligi do 22 drużyn, tak aby nikt z niej w tym sezonie nie spadł. Prezydent klubu poinformował, że nie zamierza wywieszać białej flagi, a sprawa zgodnie z zapowiedzią trafiła do sądu. Zaapelował o “sportową sprawiedliwość” i oskarżył władze Ligue 1 o “brak człowieczeństwa i przyzwoitości”. W podobne tony uderzali szefowie Lyonu i AS Monaco, których drużyny traciły jeden punkt do miejsca premiowanego grą w pucharach. Nie sposób przewidzieć, jak zakończy się konflikt we Francji, ale upór Amiens może sprawić, że pierwotne decyzje faktycznie zostaną podważone i zmienione.

O zakończeniu sezonu zadecydowano także w Belgii i Szkocji. W obu przypadkach przyznano tytuły mistrzowskie (odpowiednio Club Brugge i Celtikowi Glasgow) i wyłoniono jednego spadkowicza. Belgijskie Waasland Beveren - wzorem Amiens - wydało oświadczenie o skierowaniu sprawy na drogę sądową, podobne plany mają w szkockim Hearts of Midlothian.

Na przeciwległy biegunie znajdują się z kolei Niemcy. Rozgrywki wznowiła i Bundesliga, i jej bezpośrednie zaplecze. Wyniki Bayernu Monachium, Borussii Dortmund i wszystkich innych zespołów można obserwować np. na stronach legalnych polskich bukmacherów, którzy nie przegapili powrotu czołowej ligi europejskiej i przygotowali dla zainteresowanych szeroką ofertę zakładów. Jeśli trafnie potrafisz przewidzieć np. formę strzelecką Roberta Lewandowskiego, śledź czujnym okiem rozwój sytuacji.