Gdybyśmy chcieli przeprowadzić sondaż wśród obecnych mieszkańców naszego globu, najwięcej głosów zyskałby prawdopodobnie ustrój zwany demokracją. Wyciera nią sobie gęby kto może: ci z prawa, ze środka i z lewa. Wszak sama nazwa oznaczająca władzę ludu budzi miłe skojarzenia. Chce dowieść a raczej wmówić, że my – lud a więc i ty, i on, i ja, mamy coś do powiedzenia w żywotnych sprawach. Poddaliśmy się temu złudzeniu, jakby nie słysząc chichotu historii, która niejedne cudactwa już przeżyła. Bo i demokracja to tylko fasada, za którą kryje się wielka żądza władzy rozmaitych grup.

Ten i ów fantasta wzdycha do ustroju idealnego. Czym miałby on być? Nie władzą dzieci, idealnie zobrazowaną w głośnej, przerażającej powieści „Władca much”. Może więc systemem wodzowskim, na czele z wodzem mędrcem sprawiedliwym? Tyle, że ów wódz musiałby mieć sto oczu, by pilnować co wyprawia jego pozornie mu posłuszne otoczenie, kryjące jednak w zanadrzu skłonność do wzięcia ludu za kark. Co więc wybrać? Cóż, zależy co kto woli. Feministki za ideał wzięłyby matriarchat – rządy kobiet. Ludzie w podeszłym wieku gerontokrację czyli władzę starców. Młodzi pajdokrację – rządy młokosów.

Przetrenowaliśmy już, i to w ramach zaledwie jednego, dwu pokoleń, parę wariantów ustrojowych, jakich areną był nasz kraj. Każdy pod hasłem, iż jedyna słuszna racja to ta proponowana i narzucana przez rządzących. Byliśmy świadkami twardego komunizmu ze sztandarem Stalina i miększego odeń socjalizmu z jego wiernością ideom Wielkiego Brata ze wschodu. Po Solidarności i Okrągłym Stole przyszło coś trudnego do nazwania (styropianokracja, wałęsokracja?). Dalszym ciągiem (naturalnym?) tego niby ustroju był powrót przefarbowanego socjalizmu, z kontynuacją rządów lewicy. Krótkie epizody, kiedy stery przejęli inni, zniknęły w odmętach lat. Potem przyszedł czas, gdy po rozmaitych przepychankach z dawnymi kolegami i wreszcie zręcznym się ich pozbyciu, oczywistą władzę przejął jeden człowiek – Tusk. To od tylko jego łaski i niełaski zależało awansowanie lub wrzucenie w niebyt polityczny. Wszystko przy wtórze wiekopomnych, głoszonych godzinami wielkich haseł, jak choćby to o cudzie, który ofiaruje Polsce.

Wówczas to ukształtował się za łaskawym – a jakże! – przyzwoleniem władcy nowy i nieznany dotąd u nas byt o odcieniu niemal ustrojowym. Elitokracja. Dano jej szerokie pole do popisu stosując wypróbowaną metodę kija i marchewki. Kto z nami, ten ma! Kto przeciw, won! Posypały się dotacje dla swoich, urzędy oblepiła sfora wyznawców wodza. Zasadą tego układu stało się wywyższenie przez poniżanie. Zaczątkiem, jądrem, sensem istnienia elitokracji stało się zawołanie Tuska o „moherowych beretach”, ludziach podlejszej i podległej kategorii społecznej, których obowiązkiem jest dostarczanie „paszy” dla elit i siedzenie cicho. Żwawo ruszył proces szerokiego wysprzedawania dobra wspólnoty i podlizywania się obcym rządom, na czele z niemieckim. Zaczęła się era „złotych łowów” i budowania majątków wybrańców. Kto arcyposłuszny, mógł liczyć nawet na belwederską, komorowską profesurę, przez co namnożyło się utytułowanych pseudofachowców o intelektach godnych pożałowania.

Na ocenę tego co dziś trzeba jeszcze nieco poczekać. Poobserwować. Uzyskać perspektywę. Ale i tu widać pewien trend, który nazwać by można dążeniem do egokracji. Jej objawem jest ścieranie się osobowości. Do turniejów o pierwszeństwo stają panowie o wygórowanym ego, potocznie zwani samcami alfa ( choć i samic nie brakuje ). Jedną z czołowych postaci jest tu bez wątpienia marszałek Senatu. Jego gorączkowe ruchy mające dowieść, że on i tylko on wie co robić i robić to powinien, czasem zatrącają o śmieszność. Wtórują mu w tym wszystkoiźmie i chęci wprowadzenia egokracji dwaj kandydaci na prezydenta: ten z lewicy i ten zastępczy z totalnej opozycji. Ich wypowiedzi nie są wolne od tonów o odcieniu czysto dyktatorskim. Ja przyjdę! Ja wytrzebię! Ja zniszczę! Ja wsadzę do więzienia!

Co pozostaje nam – szaraczkom? Poddać się tym bełkotom czy czekać na ustrój doskonały? Ale gdzie go znaleźć? Gdzie?

Zuzanna Śliwa