Wiliam James, który żył w XIX w., poza tym, że był psychologiem, był także filozofem i twórcą pragmatyzmu. Ta koncepcja, nazywana „amerykańską filozofią narodową”, polegała na przyjęciu, że prawdziwe jest tylko to, co użyteczne. Jest to doktryna głęboko niemoralna, która pozwalała w USA na rozwój eugeniki (która wyprzedziła i inspirowała nazistowskie ujęcia). W jej ramach nie liczy się, kim jest człowiek, Bóg, czym jest rzeczywistość. Ważna jest tylko użyteczność, która może być rozmaicie pojęta, jest zmienna i może stać się okrutnym narzędziem w rękach różnej maści ideologów.

Filozofia ta jest określana jako „amerykańska” nie tylko dlatego, że wymyślił ją Amerykanin i przyjęła się w USA. Wyrasta ona bowiem z myślenia Pielgrzymów, ojców założycieli USA i masonów oraz z kładzenia nacisku przede wszystkim na doświadczenie. Jeżeli bowiem ono jest najważniejsze, to znaczy, że samo praktyczne życie ma pierwszeństwo przed teoretycznymi zasadami. Liczy się to, co przeżywam, co mi służy, a nie jakaś rzeczywistość, przepisy czy prawa.

W 1902 r. zostały wydane „doświadczenia religijne” W. Jamesa. Dzieło to pokazuje, dokąd doprowadziła myśl takich autorów, jak J. Edwards, czy J. Wesley. W książce tej uczucie jest źródłem religii, mistycyzm jest sprowadzony do odmiennych stanów świadomości, kryteriami prawdziwości wiary są bezpośrednia jaźń, filozoficzna rozsądność i moralna użyteczność, a dowodem prawdziwości religii jest jej użyteczność. W. James asekuruje się, mówiąc, że nie rozstrzyga, czy fenomeny religijne mają jakieś odpowiedniki w rzeczywistości, czy jest Bóg itd. Z jego koncepcji wynika jednak jasno, że nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak o przyjęciu danej wiary i religii nie decyduje jej prawdziwość, a jedynie użyteczność.

Co to znaczy, że religia ma być użyteczna? To znaczy, że ma wywierać konkretny wpływ na wierzących. Skoro użyteczność jest podstawą religii to powstaje pytanie, dla kogo ma być użyteczna? Dla ludzi władzy, mediów, ideologów? Religia jako zmienne uczucie, zależne od tych, którzy je kontrolują, staje się faktycznie narzędziem manipulacji.

Z metodyzmu wyrósł pentekostalizm, który narodził się na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Charles Parham, metodysta, uznał, że kryzys chrześcijaństwa można pokonać poprzez powrót do charyzmatów, które daje Duch Święty. Nowy Testament pokazuje bowiem, że Apostołowie czerpali swoją gorliwość i entuzjazm właśnie od nich. Otrzymali je zaś dzięki nałożeniu rąk, co było chrztem w Duchu Świętym, czego zewnętrznym znakiem był dar języków, który posiedli. W związku z tym Parham modlił się wraz ze swoimi uczniami 31 grudnia 1899 roku o to, aby i oni dostąpili tego chrztu. W tym czasie, niektórzy z nich zaczęli mówić nieznanymi językami. Od tego czasu Parham miał udzielać chrztu w Duchu Świętym nakładając ręce na głowy wielu ludzi, co miało skutkować niezwykłymi doświadczeniami. Tak narodził się Kościół Ducha Świętego, Kościół Zielonoświątkowy (Pentecostal Church).

W jego ramach powstawały wspólnoty, które występowały pod wspólną nazwą Ruchu Zielonoświątkowego (Pentecostal Movement). Z czasem przełożeni wspólnot poróżnili się jednak i zaczęli zakładać własne kościoły. W latach 90. XX wieku było już ich ok. 2000, z czego połowa znajdowała się w Afryce. Obecnie prawdopodobnie jest ich dużo więcej.

W 1994 r. w jednym z kanadyjskich zborów Ruchu Winnicy, doszło do słynnego „Toronto blessing”. Pod koniec stycznia w małym zborze mieszczącym się na lotnisku w Toronto miały miejsce wydarzenia, które zwolennicy odebrali jako nowe wylanie Ducha Świętego, a przeciwnicy jako wynaturzenie trzeciej fali Ruchu Zielonoświątkowego i demoniczną manifestację. Podczas nabożeństwa uczestnicy „padali w Duchu”, mówili językami, doświadczali upojenia w Duchu, wpadali w euforyczne stany tj. śmiech, płacz, drżenie ciała. Ludzie omdlewali, wykonywali nietypowe ruchy i wydawali różnego rodzaju dźwięki, naśladowali zwierzęta, wydając przy tym charakterystyczne dla nich odgłosy, co doprowadziło do wielu kontrowersji.

Zarejestrowano to wszystko na filmie, który obiegł cały świat i także dzisiaj jest powszechnie dostępny w Internecie. Pokazuje on przerażający obraz zezwierzęcenia, przedziwnego transu, który pasuje bardziej do pogańskich religii azjatyckich a nie do chrześcijaństwa. Wywołał on wiele kontrowersji nawet w środowiskach protestanckich, tak że John Wimber, założyciel tego ruchu, był zmuszony najpierw upomnieć tę wspólnotę, a potem kiedy to nie dało rezultatu, wykluczyć ją ze swojego ruchu. Znamienne jest jednak, że to właśnie w tym ruchu doszło do czegoś takiego. Problemem nie był zresztą sam wyraz okazywania wiary, ale intensywność, która prowadziła do spektakularnego tarzania się po podłodze grupy ludzi, potępieńczych wrzasków i epileptycznych drgawek. To wówczas zresztą odkryto „dar śmiechu” jako nowy dar Ducha Świętego, który charakteryzuje się histerycznym krzykiem.

Przykład ten pokazuje jak religię chrześcijańską, która zawsze rozwijała człowieka także w jego człowieczeństwie, wykorzystano do stworzenia narzędzia służącego zniewalaniu ludzi. Przerażające jest, jak można skłonić ludzi do tarzania się po ziemi i wmówieniu im, że tego chce od nich Bóg. Skoro jednak da się, można uzasadnić wszystko. To już natomiast pranie mózgu w czystym wydaniu. Można tylko ubolewać, że wraz z Soborem Watykańskim II Kościół otworzył się na to sekciarskie myślenie, ruch charyzmatyczny i nowe ruchy religijne, które na tym wyrosły.

Nowa książka Christophera Klinsky’iego pt. „Szczepionka na koronawirusa – zagrożenie dla ludzkości?” do kupienia na stronie Polskiej Księgarni Narodowej:

 

https://polskaksiegarnianarodowa.pl/pl/p/Szczepionka-na-koronawirusa-zagrozenie-dla-ludzkosci/1847