Słuszność płacenia podatków

Zacznę od aspektu moralnego co do samych podatków. Wbrew temu, co głosi liczna część wszelkich liberałów, podatki same w sobie są dobre, o ile spełniają pewne warunki. Istnienie państwa jest realną koniecznością, zaś jeśli ktoś chce forsować wizję anarchokapitalizmu czy anarchokomunizmu, zachęcam, by wrócił do swojej piwnicy.

Państwo musi być utrzymywane. Niewątpliwie utrzymać trzeba samą władzę oraz to, co jest państwu niezbędne, czyli wojsko, służby porządkowe, ratunkowe, służby wewnętrzne, zagraniczne, dyplomacje, etc.. Co ponadto – jest moralnie złe.

Tu muszę oczywiście wtrącić, że gdybyśmy mieli monarchę, utrzymywalibyśmy z władzy tylko jego i jego dwór. Ponieważ jednak mamy demokrację, utrzymujemy całą rzeszę pomniejszych władców – posłów i senatorów – oraz ich „dwory”, czyli asystentów i partnerów biznesowych. O samej demokracji zdarzyło mi się już na portalu pisać – np. TUTAJ i TUTAJ – oraz rozmawiałem kiedyś z księdzem naczelnym Ryszardem Halwą SAC w Prawy TV.

Należy podkreślić, że zgodnie z katolicką nauką społeczną redystrybucja nie jest dobra. Kościół przestrzega też w wielu encyklikach przed tzw. pułapką socjalną, czyli uzależnieniem się różnych grup społecznych od pomocy państwa, czyli reszty społeczeństwa. Co ciekawe, dotychczas chyba nie zwrócono uwagi na odwrotne uzależnienie, tzn. gdy to państwo – poprzez sprawowanie władzy przez wybierane w poszczególnych wyborach partyjne oligarchie – uzależnia swoje istnienie od przydzielania socjalnych zapomóg różnym grupom.

Niegodziwe podatki

Święty Tomasz z Akwinu rozróżnia podatki godziwe od niegodziwych, wskazując na jasną granicę. – Różnicę między podatkiem sprawiedliwym i niesprawiedliwym łatwo jest określić teoretycznie, o wiele trudniej praktycznie. Podatek wtedy jest sprawiedliwy, kiedy władza ustanawia go i egzekwuje dla dobra wspólnego; niesprawiedliwe zaś są takie podatki, które są nakładane dla czyjegoś dobra partykularnego, przeciwko dobru wspólnemu – pisał św. Tomasz z Akwinu w „De Regno”, co dosłownie tłumaczy się jako „O Władzy”.

Papież Leon XIII w 1891 roku bronił własności prywatnej przed zachłannością państwa, podkreślając niesprawiedliwość rosnących obciążeń podatkowych. Jako konsekwencje kolejnych ucisków, wskazywał z jednej strony niszczenie inicjatywy gospodarczej oraz rozwoju, z drugiej zaś doprowadzanie do ubóstwa i nędzy obywateli państw. Kolejni papieże także – szczególnie, gdy komunizm nie był już tylko widmem, ale bezpośrednim i realnym zagrożeniem dla świata – ostrzegali przed oddawaniem wielu kompetencji i coraz większych świadczeń na rzecz państwa.

Niesprawiedliwe więc jest także, gdy państwo odbiera pieniądze ludziom młodym, chcącym założyć rodziny, by część z tego – bo redystrybucja nigdy nie przekaże aż 100 proc. Odebranych funduszy – przekazać tym, którzy już dzieci mają. Widzimy też po wskaźnikach demograficznych, że obecny model w Polsce się pod kątem ogłoszonego celu, czyli dzietności, nie sprawdza. Z idei rzekomo prorodzinnej, świadczenie zamieniło się w łapówkę wyborczą, uzależniając de facto rząd od świadczenia, gdyż oligarchia, która zdjęłaby pieniądze na aktualne dzieci, popełniłaby polityczne samobójstwo, nie mając szans na wygraną w wyborach. Z kolei ci, którzy chcieliby pracować, by ich dzieci miały dobry start dzięki zarobionym samodzielnie pieniądzom, są rabowani przez państwo na rzecz tych, którzy dzieci już mają. I tak oto demografia zwyczajnie nie może podskoczyć.

Krzywa Laffera

Arthur Laffer, amerykański ekonomista w połowie lat siedemdziesiątych opracował nigdy nie podważoną, za to wielokrotnie potwierdzoną w praktyce teorię dotyczącą podatków i wpływów do budżetu. Powszechnie zwana jest „Krzywą Laffera”. Wskazuje ona model wpływów do budżetu państwa pochodzących z różnych podatków. Przy podatkach na poziomie 0 wpływ do budżetu jest również zerowy. Wraz z kolejnymi podatkami liczba funduszy w budżecie rośnie.

Jednak po przekroczeniu pewnego punktu w ilości obciążeń nakładanych na obywateli, dochody państwa z podatków zaczynają maleć. Teoretycznie, przy „maksymalnym” opodatkowaniu wynoszą one zero.

Maksimum chyba nigdzie nie osiągnięto, natomiast faktem jest, że im większe opodatkowanie powyżej pewnego poziomu, tym mniej korzysta państwo. Ryzyko ewentualnej kary czy to finansowej czy innej staje się bardziej atrakcyjne w stosunku do tego, ile można „zaoszczędzić” np. pracując na czarno czy zatrudniając na umowach o dzieło zamiast na umowach o pracę. Dotyczy to także pracownika. Gdy ktoś usłyszy, że pracodawca proponuje 4,5 tys. zł miesięcznie i do wyboru zostawia pracownikowi, czy ma to być na umowie o pracę (około 3,2 tys. zł do ręki) czy na umowie o dzieło (prawie 3,9 tys. zł do ręki), do tego proponuje – co jest coraz częstszą praktyką – nieformalnie płatny urlop przy UoD, wówczas bardziej ogarnięty człowiek wybierze opcję drugą. A państwo zamiast 1,3 tys. różnicy i jeszcze około tysiąca kosztów pracodawcy, dostanie jedynie 600 zł.

Przedsiębiorcy też chętniej będą zatrudniali ludzi „na czarno”, dając pełną umówioną kwotę do ręki. Wówczas państwo nie otrzyma nic, a często możliwości weryfikacji po prostu nie ma. Z drugiej strony pracownik nie ma pewności, czy nie zostanie oszukany. Wszystko to z powodu chciwości państwa. Z powodu niegodziwych podatków, stratni są wszyscy.

Ostatnio rząd zapowiedział zmniejszenie opodatkowania za sprzedaż detaliczną paliwa oraz energię. To dobry krok. Pytanie, czy nie skończy się tylko na zapowiedziach – przecież wielokrotnie już zapowiadano obniżki podatków – oraz co rząd zrobi za kilka miesięcy, gdy termin obniżek minie?

Dominik Cwikła

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube