Zdaniem byłego szefa BBN i dowódcy jednostki specjalnej GROM, działania rosyjskich generałów to przede wszystkim propaganda, a nie znacząca zmiana na teatrze działań wojennych.

300 tys. żołnierzy to jest jedna sprawa. Ale pozostaje pytanie o ich poziom wyszkolenia, o poziom koordynacji, o technikę, uzbrojenie dla tych ludzi, zasoby amunicji itp. To w dalszym ciągu jest tzw. „mięso armatnie”. To są poborowi, którzy po prostu najzwyczajniej w świecie będą teraz wpadać w panikę, bo przecież nikt nie chce jechać i narażać życie na bezsensownej wojnie. Mam nadzieję, że również w polityce wewnętrznej będzie to stanowić przysłowiowy gwóźdź do trumny Władimira Putina – podkreślił.

Według Romana Polko, uzupełnienie strat, które poniosła rosyjska armia w walce, nie zmieni obrazu sytuacji.

Obserwujemy, że w rosyjskiej armii istnieje ogromny rozdźwięk pomiędzy kadrą dowódczą a zwykłymi żołnierzami. Feudalny styl dowodzenia sprawia, że żołnierze rosyjscy nie utożsamiają się ani z misją samych działań wojennych, ani też z tym, co nakazują im ich dowódcy. Widzimy na Ukrainie, że morale rosyjskich żołnierzy jest w fatalnym stanie. Nie ma po tamtej stronie motywacji do walki. A armia z tego rodzaju rozległymi problemami zazwyczaj po prostu w efekcie końcowym przegrywa toczoną przez siebie wojnę – mówił.

Tym bardziej, że teraz po dopływie rekrutów z powszechnej mobilizacji ta jakość rosyjskiego żołnierza jeszcze bardziej się pogorszy. A jeśli jeszcze żołnierze ci zostaną wyposażeni w siermiężna broń z poprzedniej epoki to kryzys w rosyjskiej armii będzie pogłębiał jeszcze bardziej. Konkluzja jest taka, że wbrew pozorom nie będzie to żadna wielka siła, która dokona przełomu w tej wojnie. To już nie czasy Stalina, gdzie w myśl zasady „ludzi u nas mnogo” tzw. mięsem armatnim wygrywało się wojny – dodał.