Michalkiewicz: Snobizmy żądają ofiar (FELIETON)

0
0
0
Stanisław Michalkiewicz
Stanisław Michalkiewicz / Stanisław Michalkiewicz

Słowo “snob” pochodzi od dwóch słów łacińskich: sine nobilitate, co się wykłada, że bez szlachetności. Wywodzi się ono z Anglii, gdzie w tamtejszych ekskluzywnych szkołach uczniowie ubożsi wysługiwali się bogatym kolegom.

Potem jednak to słowo zaczęło oznaczać człowieka, który próbuje zaprezentować się swemu otoczeniu, jako lepszy, a przynajmniej – jako inny, niż jest naprawdę. Kiedyś, kiedy różnice społeczne były wieksze, niż dzisiaj, snobowano się na szlacheckie pochodzenie. Na przykład austriacki minister spraw zagranicznych u Najjaśniejszego Pana, baron Aarenthal, podobno z pierwszorzędnymi korzeniami, bardzo zadzierał nosa, co niezbyt podobało się jego zagranicznym kolegom. Pewnego razu rosyjski minister spraw zagranicznych Izwolski, zapytał go z przekąsem: Ekscelencjo, czy pochodzi pan ze starej rodziny? - na co Aarenthal odpowiedział: Nie Ekscelencjo, ale mam nadzieję nią zostać. U nas mnóstwo “starych rodzin” zostało założonych dzięki uwłaszczeniu nomenklatury na przełomie lat 80-tych i 90-tych i podobno drugie pokolenie bardzo interesuje się genealogią. Z własnych doświadczeń wspominam rozmowę z mecenasem Stanisławem Szczuką, który naprawdę pochodził ze starej rodziny, ale bardzo nie lubił, jak tytułowałem go “mecenasem”. - To w jaki sposób mam się do pana zwracać - zapytałem go kiedyś? - Tak, jak to jest przyjęte – odparł mecenas Szczuka - panie bracie. Ja na to, że ja tak do niego mówić nie mogę, bo jestem pochodzenia plebejskiego – na co mecenas odpowiedział: a co tam pan brat wie!  

 

   Na przestrzeni lat snobizmy sie zmieniały, o czym w nieśmiertelnym poemacie “Towarzysz Szmaciak” pisze Janusz Szpotański: “Dziś bardzo u partyjnych w modzie jest pleść koszałki o swym rodzie. Wpierw szarże były wielkim szykiem lecz dziś już każdy – pułkownikiem. Przejadł się także im doktorat, więc na tytuły przyszła pora.” Nawiasem mówiąc, Szmaciak przeżył z tego powodu traumę, bo gdy kiedyś zaprosił autokratę z sąsiedniego powiatu i przyprowadził go na przyjęcie do Rurki (“u Rurków dzisiaj jest przyjęcie, przyjęcia Rurków mają wzięcie. Ceni miejscowa je elita, więc autokrata tam zawita”), tam autokrata, podochociwszy sobie, zaczął się rozwodzić nad rodem swojej żony, z domu Pękal: “wiecie, Pękale, herbu Walec! Lecz Szmaciak tu nie pękał wcale” - bo na imię miał Waldemar i zaczął snuć wspomnienia o swoim dzieciństwie we dworze – na co Rurka, który dotychczas trzymał fason, nie wytrzymał i rzekł: “Czyż być może? Odkąd to dworem jest chałupa? Patrzcie go – Szmaciak herbu Dupa! - po czym rozpoczął autokracie prawić facecje o kamracie.” Wtedy Szmaciak opuścił przyjęcie; “w oczach miał łzy, a w duszy piekło. Ooo, bo są takie duszy piekła, którym fizyczne nie dorówna. Spróbuj przypomnieć Szmaciakowi, że nie jest orłem, wylazł z gówna, tylko się potem nie dziw bracie, że cię w ulicy ciemnej stukną, albo w UB na przesłuchaniu będą cię dźgali w nerwu włókno!” 

 

   Ale obok snobizmu na stare rodziny, pojawiły sie nowe. Na przykład bardzo wielu młodych ludzi zaczęło się snobować na cudzoziemców – żeby wszyscy ich za takich uważali, a w tym celu coraz częściej wtrącali do rozmów słowa angielskie, co sprawiło, że język potoczny pewnych środowisk stał się dla innych osób prawie niezrozumiały. W Anglii było tak samo; Antoni Słonimski wspomina, że gdy po wojnie jeszcze przebywał w Anglii, to bardzo źle się tam czuł, bo w środowisku absolwentów Oxfordu, którzy  między sobą posługiwali się specyficznym żargonem, nigdy nie udało mu się skutecznie opowiedzieć dowcipu. 

 

   Ale nie tylko z takim snobizmem się spotykamy. Felietonista warszawskiej “Kultury” (“w warszawskiej urzędówce Kulturze, komunistyczny parobek Hamilton...”) Jan Zbigniew Słojewski, snobujący się na przestarego starca i używający pseudonimu “Hamilton”, pisał o snobizmie na cholesterol. W latach 60-tych na przyjęciach w mondzie wszyscy opowiadali, jaki to mają poziom cholesterolu, a “furorę robi pewien pan, któremu od lat robi się coś w głowie”. Jaką to miało przyczynę – trudno zgadnąć -, bo niekiedy snobizmy mają utajone przyczyny polityczne. Tak było na przykład ze snobizmem na zapłodnienie w szklance, czyli tzw. “in vitro”. Chodziło tu tak naprawdę o wykiwanie Kościoła katolickiego, który jest przeciwny aborcji, a tymczasem przy in vitro, na wszelki wypadek tworzy się nadwyżkę embrionów, które potem spuszcza się z wodą w klozecie. Oczywiście o tym głośno się nie mówiło, natomiast promotorzy owego snobizmu nieubłaganym palcem dźgali Kościół w chore z nienawiści oczy – że to niby jest nieczuły na katiusze bezpłodnych kobiet. Niezależnie od tego, w mondzie wytworzył się na tym tle snobizm i w wykwintnym towarzystwie słychać było takie na przykład dialogi: “mój syn urodził się z plemnika Rodryga Podkowy z pierwszej wyprawy krzyżowej, a od kogo pochodzi twój, ty garkotłuku?” Potem pojawił się snobizm na molestowanie; jeśli jakaś dama nie była w dzieciństwie molestowana, najlepiej przez księdza, ale w ostateczności mógł to być wujek – to nie mogła pokazać się w przyzwoitym towarzystwie na oczy. Ale przedsiębiorczy ludzie bardzo szybko zorientowali się, że z tego mogą być pieniądze i w ten sposób również u nas narodził się przemysł molestowania, z którego forsę ciągną nie tylko ofiary, ale i palestranci, nie mówiąc o niezawisłych sędziach, bez których tej żyły złota nie dałoby się eksploatować. 

 

   Jednak, ja wiadomo, natura nie znosi próżni, więc skoro molestowanie zastało ujęte w wypróbowane ręce pierwszorzędnych fachowców, próżnię musiał wypełnić jakiś inny snobizm. Tak się złożyło, że promotorzy komunistycznej rewolucji, rozglądając się za proletariatem zastępczym, który mogliby “wyzwalać”, postawili na “kobiety” i na zboczeńców kochających  - ale inaczej. Z “kobietami” sprawa jest stosunkowo prosta; wystarczy, że uwierzą, iż są notorycznie oprymowane przez “męskie szowinistyczne świnie”, a z opresji tej uwolni je rewolucja – i już można zrobić z nimi wszystko. Jeśli natomiast chodzi o zboczeńców, to powstała tu straszliwa wiedza, którą w postaci studiów genderowych wykładają na uniwersytetach filuci płci obojga, a naiwni studenci myślą, że ten łysenkizm,  to wszystko naprawdę. Ale wydaje się, że zwyczajne zboczenia już się trochę opatrzyły, toteż w środowiskach młodzieżowych pojawił się nowy snobizm – na tak zwaną “transpłciowość”. Nic tak bowiem nie zaimponuje panience, nic tak nie zafascynuje chlopaka, niż wyznanie, że pod zewnętrznymi znamionami kryją się niezwykłe, budzące dreszczyk niespodzianki. Toteż widzimy, jak młodzi ludzie, jeden przez drugiego, odkrywają u siebie takie fascynujące odmienności. Jest to z kolei złota żyła dla seksuologów i psychoterapeutów, którzy w przeciwnym razie musieliby wydłubywać kit z okien, a tak, to nie tylko forsa leci nieprzerwanym strumieniem, ale i promotorzy komunistycznej rewolucji dają tak zwaną “kryszę”, bo to jest znakomity narybek proletariatu zastępczego.  Ostatnio mimowolnie nastąpił na tę minę pan Krzysztof Daukszewicz, którego można uznać za pierwszą ofiarę tego snobizmu. 

 

                                                                 

 Stanisław Michalkiewicz   

 

Źródło: SM

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną