Michalkiewicz: Nieliczni zdecydują (FELIETON)

0
0
Stanisław Michalkiewicz
Stanisław Michalkiewicz / Zrzut ekranu

Świat znowu wstrzymuje oddech – tym razem z powodu złowrogiego Iranu, to znaczy – nie tyle może z powodu Iranu, bo ten niczego gwałtownego nie robi, a tylko “w mrokach podziemia” wykuwa broń jądrową, przy pomocy której mógłby porazić bezcenny Izrael – co z powodu deklaracji amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który rozkazał amerykańskim lotniskowcom, by zajęły dogodne pozycje do ataku na Iran.

Najwyraźniej tego właśnie żażądał od niego premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamin Netanjahu, któremu złowrogi Iran bruździ na odcinku realizacji idei “Wielkiego Izraela”, z którą “czuje się on związany”. Skoro premier Netanjahu nakazał amerykańskiemu prezydentu uderzyć na Iran, to nie ma rady – Amerykanie muszą uderzyć – chyba, że w złowrogim Iranie zwycięży rozsądek i ajatollahowie obiecają prezydentu Trumpu, że zniszczą zapasy wzbogaconego uranu i wysadzą w powietrze wirówki i wszystkie inne urządzenia służące budowie arsenału jądrowego. Chodzi o to, że Iran ma od starszych i mądrzejszych surowo zakazaną budowę arsenału jądrowego. Bezcenny Izrael to co innego. Jemu nikt takiego zakazu wydać by się nie ośmielił, nawet najtwardsi amerykańscy twardziele – bo i my wiemy i oni wiedzą, że gdyby tylko spróbowali, to zaraz jakieś dziecko przypomniałoby sobie, że przed 40 laty włożyli mu rękę pod spódniczkę i gmerali w majteczkach – a zanim by się okazało, że to wszystko nieprawda, to nie tylko załamałaby się polityczne kariery takich twardzieli, ale i tamtejsze Żurki Waldemary wyszlamowałyby ich z forsy do gołej skóry. W rezultacie ogon wywija psem, a świat, widząc lotniskowce zbliżające się do Iranu, wstrzymuje oddech.

   Ale bo też uderzenie na Iran, albo chociaż zmłotowanie go, to i dla prezydenta Donalda Trumpa prawdziwy dar Niebios. Chodzi o to, że ostatnio chyba zaczyna on pękać, na przykład w sprawie Grenlandii, czy w sprawie rozruchów w Minnesocie. Kiedy zaczął się odgrażać na odcinku Grenlandii, to zaraz europejscy dygnitarze, jeden przez drugiego, natychmiast pogalopowali do Chin. Co z tego wybniknie – trudno zgadnąć – ale na przykład już teraz kurs dolara zaczyna spadać, więc jak tak dalej pójdzie, to kto wie – może BRICS dopnie swego i w ogóle zdetronizuje dolara z funkcji waluty światowej? To by było wielkie zmartwienie dla Ameryki, bo dopóki dolar tę funkcję pełni, to wszysdtko – jak mówią gitowcy - “gra i koliduje”. Ameryka produkuje mnóstwo dolarów, którymi płaci za prawdziwe dobra – ale tylko dopóty, dopóki inne kraje chcą je przyjmować. Dotychczas chciały, bo za te dolary można było kupić np. ropę. Gdyby jednak okazało się, że za ropę trzeba płacić chińskimi juanami, czy japońskimi jenami, to popyt na dolary mógłby gwałtownie spaść, a wtedy Ameryka musiałaby też wysyłać za granicę prawdziwe dobra. Dlatego właśnie prezydent Trump, podobnie zresztą, jak prezydent Józio Biden zdecydował się na przeprowadzenie ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej – z tą tylko różnicą, że prezydent Józio Biden chciał przedtem “osłabić Rosję” i w tym celu naobiecywał ukraińskiemu “słudze narodu” złote góry, że ten zerwał porozumienia mińskie w nadziei, że Amerykanie przyjmą Ukrainę do NATO – co skłoniło Putina do rozpoczęcia “specjalnej operacji wojskowej”. Prezydent Trump wolałby nie osłabiać Rosji, tylko się z nią dogadać, aby się nie denerwować, co ona zrobi, gdy on rozpocznie ostateczne rozwiązywanie kwestii chińskiej. W międzyczasie jednak chciałby zakończyć ukraińską awanturę, czemu sprzeciwia się ukraiński “sługa naraodu”, bo się boi, że jak zgodzi się oddać ruskim szachistom 20 procent ukraińskiego terytorium , to tamtejsze rezuny urżną mu głowę, znim zdąży dotrzeć co Izraela szlakiem Timura Mindycza. Ale prezydent Trump próbuje młotować prezydenta Zełeńskiego, że albo odda Putinowi Donbas, a wtedy otrzyma amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa – a jak nie odda – to nie. Co tam wtedy rezuny zrobią z Zełeńskim – to specjalnie prezydenta Trumpa chyba nie obchodzi, bo i on wie i my wiemy, że najwyżej tamtejsi oligarchowie wytrzepią wtedy jakiegoś nowego “sługę narodu” i będzie gites tenteges. Nawiasem mówiąc, na Ukrainie NABU niedawno aresztowało pod zarzutami korupcyjnymi piękną ongiś Julię Tymoszenko, a fałszywe pogłoski głoszą, że w areszcie wydobywczym nadaje ona na prezydenta Zełeńskiego, ujawniając rozmaite “wstydliwe zakątki”. W takiej sytuacji również i on może dojść do wniosku, że czas kończyć zabawę – a wtedy prezydent Trump będzie mógł doczepić sobie kolejny listek to wieńca sławy, jako peacemakera.

   Jak widzimy, świat ma mnóstwo powodów by wstrzymywać oddech – a ostatnio do tego mnóstwa dochodzi jeszcze jeden – w postaci wyborów przewodniczącej Polski 2050, jakie mają odbyć się już w sobotę 31 stycznia. Jak wiemy, o stolec przewodniczącej tej partii rywalizują dwie damy: madame Pełczyńska-Nałęcz i madame Hening-Kloska. Jedna jest szczuplejsza, druga – raczej tęższa – ale to jest chyba jedyna różnica ideologiczna. Nie o to zresztą chodzi, tylko o to, że – jak zauważył pan wicemarszałek Szymon Hołownia – doły partyjne tak się zacietrzewiły w tej rywalizacji, że on sam nie widzi innej rady, jak opuścić partię. Tym może nikt by się nie przejmował, może nawet nikt by tego nie zauważył, gdyby nie obawa, że wraz z panem Szymonem z Polski 2050 może odejść grupa posłów – może nawet w liczbie kilkunastu. W tym momencie przypominamy sobie uwagę Winstona Churchilla z czasów II wojny światowej, że nigdy jeszcze tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym. Churchill mówił o lotnikach – ale myślę, że tę uwagę można by zastosować również do tej grupy posłów, która może opuścić szeregi partii Polska w2050 z panem Szymonem. Gdyby bowiem kilkunastu posłów wyszło z koalicji 13 grudnia, to vaginet obywatela Tuska Donalda mógłby utracić większość parlamentarną. Wtedy reszta poczekałaby, aż Jarosław Kaczyński wyzdrowieje i zaraz złożyłaby wniosek o votum nieufnosci dla rządu, który zostałby obalony kilkoma głosami. Wtedy Naczelnik Państwa skompletowałby nowy rząd – starannie unikając Grzegorza Brauna, bo wiadomo, że wszelki kontakt z Konfederacją Korony Polskiej groziłby Naczelnikowi Państwa strefieniem, wskutek czego utraciłby on walor przyzwoitości, bez której nie można w ogóle myśleć o skutecznym politykowaniu w ramach organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, za jaką uchodzi III RP. Oczywiście skład nowego rządu trzeba by uzgodnić ze starymi kiejkuty, podobnie jak podczas “głębokiej rekonstrukcji” w roku 2017 – ale z tym nie powinno być trudności, bo jakieś kanały kontaktowe przecież muszą być – tak, jak między CIA i KGB podczas kryzysu karaibskiego w roku 1962. W tej sytuacji potrzebne byłoby tylko błogosławieństwo prezydenta Donalda Trumpa – ale to z pewnością uzyskałby pan prezydent Karol Nawrocki, który został niedawno przez prezydenta Trumpa publicznie pochwalony. Jak zatem widać, sytuacja może się powtórzyć i “liczni” znowu mogą zawdzięcząc tak wiele, tak nielicznym – bo partia Polska 2050 liczy podobno około 700 członków, oczywiście razem z konfidentami, bez których partie, zwłaszcza te przyzwoite, istnieć nie mogą.

                                                                       

Stanisław Michalkiewicz

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Przejdź na stronę główną