Michalkiewicz: Krajowa Rada Konfidentów? (FELIETON)
W przeddzień św. Walentego, którego Jasnogród obwołał patronem bzykających się, Sejm skierował do komisji nadzwyczajnej ustawę o “osobie najbliższej”. Kto to jest “osoba najbliższa”? To proste, jak budowa cepa. To ta osoba, z którą inna osoba akurat się bzyka. Rzeczywiście; żeby się pobzykać, najpierw trzeba się zbliżyć, to znaczy – odbyć bliskie spotkanie III stopnia – no a potem albo paciakujemy w popielnik – w przypadku “osób najbliższych” płci męskiej – albo mlaskamy sie po klitorisach – w przypadku “osób najbliższych” płci żeńskiej.
Bo trzeba nam wiedzieć, że chodzi o takie “opsoby najbliższed”, które należą do tej samej płci. Pierwotnie bowiem ustawa miała inny tytuł – o małżeństwach jednopłciowych – bez których, z zagadkowych przyczyn, nie może wytrzymać Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula – ale pruderyjne PSL, które nie chce utracić poparcia gospodyń wiejskich - zmieniło tę nazwę na obecną. Dlaczego Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie może wytrzymać bez “małżeństw jednopłciowych” - tajemnica to wielka, na którą pewne światło rzucas rosyjskie porzekadło, zwane dzisiaj “kremlowską narracją”: “każdy durak po swojemu s uma schodit” - co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój sposób – ale to tylko część prawdy. Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nigdy się do tego nie przyzna, podobnie jak obywatel Tusk Donald – że nalegając na ustawowe uregulowanie bzykania między osobami tej samej płci, wykonują zadania zlecone przez promotorów komunistycznej rewolucji, która przewala się przez Europę i Amerykę Północną, gdzie próbuje wyhamować jej postępy prezydent Trump, do którego z tej właśnie przyczyny zieje nienawiścią warszawski Judenrat, a za nim – cały Jasnogród. Kiedy byłem jeszcze działaczem UPR, przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia “Lambda” z zapytaniem, jaki jest nasz stosunek do “małżeństw homoseksualnych”. Odpowiedziałem, że negatywny, z tej przyczyny, że małżeństwo ma ściśle określone znaczenie i jeśli “małżeństwami” zacznie się nazywać coś całkiem innego, stworzy się chaos semantyczny. Jeśli coś ma cztery nogi i oparcie, to nazywamy to krzesłem, a jeśli oparcia nie ma – to stołem – i nie powinniśmy tych znaczeń mieszać. - Ale skoro już pan zadzwonił, to niech mi pan powie, dlaczego wam tak zależy na urzędowym uregulowaniu tej sprawy? - Bo bez tego nie możemy po sobie dziedziczyć, ani na przykład uzyskać informacji w szpitalu. - Jak to “nie możecie”, kiedy przecież możecie – na przykład zapisać sobie nawzajem majątki w testamencie, a co do szpitali – to wystawić sobie nawzajem pełnomocnictwa? - No tak – odpowiedział mój rozmówca – ale wtedy płacilibyśmy podatek od spadków. - Aaaa, to tak mi pan mów! - odparłem. - UPR jest za zniesieniem podatku od spadków, więc możecie śmiało na nas głosować. Więc ta cała retoryka “godnosciowa” to tylko zasłona dymna, która ma skrywać rewolucyjną inspirację ze strony żydokomuny.
Mam tedy nadzieję, że żadnej takiej ustawy nie będzie, bo pan prezydent Nawrocki wypocin Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzyny i niemniej Czcigodnego Kosiniaka-Kamysza Władysława nie podpisze. Natomiast grozi nam coś znacznie gorszego w postaci “planu B” obywatela Żurka Waldemara, który wykombinował “mędrek wykrętów chytrych”, czyli pan prof. Andrzej Zoll. Jak wiadomo, nakazana nam przez Naszą Złotą Panią z Berlina w roku 2017 walka o praworządność, zatacza coraz szersze kręgi, więc siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne. W tym szaleństwie jest jednak metoda – a potwierdzenia tego podejrzenia dostarcza nam właśnie “plan B”. Przewiduje on, że na wypadek, gdyby pan prezydent Nawrocki nie podpisał ustawy przeforsowanej w Sejmie przez obywatela Żurka Waldemara, to on spróbuje obejść tę przeszkodę w sposób następujący: organizacje sędziowskie wysuną kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, Sejm ich wybierze i będzie gites-tenteges – niby zgodnie z ustawami.
Jest atoli pewien problem, na który zwracam uwagę od dawna, a poruszyłem go również podczas panelu na temat sądownictwa w ramach KINGS, zwołanego z inicjatywy Grzegorza Brauna w Łochowie. Chodzi o obecność agentury w środowisku sędziowskim. Podczas wspomnianego panelu, uczestniczący w nim pan sędzia Piotr Schab zwrócił mi uwagę, że mówiąc, iż środowisko sędziowskie jest naszpikowane konfidentami, jak sztufada słoniną, nie mam na to żadnego dowodu. Odpowiedziałem, że jeszcze tego brakowało, żeby prosty felietonista dysponował na tę okoliczność twardymi dowodami. To by znaczyło, że nasze państwo to wydmuszka. Ale – ciągnąłem dalej – pan sędzia jeszcze lepiej ode mnie wie, że są tak zwane procesy poszlakowe, w których nie ma żadnych twardych dowodów, ale oskarżeni bywają skazywani – bo poszlaki układają się w logiczną całość. Otóż w sprawie agentury w środowisku sędziowskim tak właśnie jest.
Nie chodzi już nawet o to, że środowisko sędziowskie, wbrew nadziejom naiwnego pana prof. Adama Strzembosza, wcale samo się nie zlustrowało po transformacji ustrojowej. Tamci konfidenci już przeszli, albo własnie przechodzą w stan spoczynku, niektórzy nawet wiecznego. Tymczasem w 1990 roku, kiedy rozwiązana została PZPR, która była transmisją bezpieki do sądownictwa, natychmiast powstało Stowarzyszenie Sędziów Polskich “Iustitia”. Podejrzewam tedy, że Wojskowe Służby Informacyjne, które u nas przeprowadzały transformację ustrojową, zainicjowały powstanie tej organizacji. Nie twierdzę, że wszyscy jej członkowie są konfidentami, bo może tam być wielu sędziów, myślących, że to wszystko naprawdę – ale najtwardsze jądro Stowarzyszenia, to z pewnością agentura. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach dotychczasowa działalność “Iustitii”, która nawet specjalnie nie ukrywa, że jest środowiskowym oddziałem Volksdeutsche Partei. Jeszcze gorzej wygląda sprawa w przypadku stowarzyszenia “Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje wprost do prowadzonej przez ABW operacji “Temida”, której celem był werbunek agentury właśnie w środowisku sędziowskim. Sprawa ta wypłynęła przypadkowo podczas toczącego sie w warszawskim Sądzie Okręgowym procesu sędziego Andrzeja Hurasa z Katowic. Prowadzący sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale głuche milczenie było mu odpowiedzą, bo ABW schroniła się za murem tajności.
To właśnie te organizacje sędziowskie miałby zmobilizować obywatel Żurek Waldemar, żeby wystawiły Sejmowi kandydatów do KRS, a Sejm by ich kandydatury przyklepał i w ten sposób Polska miałaby “prawidłową” Krajową Radę Sądownicta, bez koniecznosci podpisywania czego kolwiek przez pana prezydenta. Jednak w tych okolicznościach nie byłaby to żadna Krajowa Rada Sądownictwa, tylko Krajowa Rada Konfidentów. Jest to nie do pogodzenia z prawnym warunkiem, by sędzia “dawał rękojmię” bezstronności i “nieskazitelnego charakteru”. Ani o jednym, ani o drugim nie ma mowy w przypadku konfidentóew tajnych służb. Co w tej sytuacji można zrobić, by do tego nie dopuścić?
To bardzo trudna sprawa – ale właśnie u pana prezydenta ma się odbyć kolejne spotkanie z szefami tajnych służb. Gdyby tak pan prezydent zażądał od nich dostarczenia jemu osobiście listy konfidentów będących sędziami, a następnie pan prezydent dyskretnie zażądałby od tych osób przejścia w stan spoczynku, to znaczy – rezygnacji z wykonywania funkcji sędziego – to byłoby jakieś wyście z sytuacji, bez wywoływania skandalu na całą Polskę. Bo skierowanie prośby do szefów służb, by sędziów-konfidentów wyrejestrowały, nie wydaje mi się ani możliwe, ani skuteczne, jako że sędziowie są dla nich konfidentsami zbyt cennymi, by się ich pozbywać. Wobec tego pan prezydent powinien zdecydować, czy w tej sprawie będzie kierował się interesem bezpieczniaków, czy interesem państwa i obywateli.
Stanisław Michalkiewicz