Jak to czyni, długo by mówić. Jedni są sędziami, obrońcami, prokuratorami oddanymi idei, jaka im przyświecała kiedy wybierali ten zawód. I tych jest szczęśliwie znacząca większość. Inni swój fach traktują zgoła odmiennie, w dziwacznym przeświadczeniu, iż miejsce jakie zajmują w społeczeństwie daje im okazję do uczynienia z niego instrumentu dla własnych prywatnych chceń i poglądów. Kto zaś się temu sprzeciwia, jest wrogiem niezależności gwarantowanej przez samą Konstytucję, którą ostatnio tak lubią wymachiwać. Nawet przez myśl im nie przemknie, iż owa „prywatyzacja”jest sprzeczna z zasadą obiektywizmu i równości wszystkich wobec prawa. Czasem odnieść można wrażenie, że zasada ta jest im równie obca i odległa, jak Arktyka australijskim misiom koala. Wołając o naruszaniu konstytucyjnego trójpodziału władzy, jakoś o nim zapominają, gdy odwołują ustawę wydaną przez inne ogniwo owego podziału, przez Sejm, tym samym wtrącając się w jego kompetencje. A tego czynić nie wolno. Może mniemają, że ten ma rację – kto głośniej o niej krzyczy. Tyle, że to prawo barbarzyńców.

I choć podobnych „samochciejów” szczęśliwie niewielki procent, są na tyle głośni i wpływowi, że rzucają cień na cały system. Szukając przykładów to odzwierciedlających trafiamy choćby na sędzię Julię Kamińską, autorkę stwierdzenia, że sędziowie to „nadzwyczajna kasta”. Zresztą ostatnio znów dała głos, tym razem rzucając „obiecankami”o zemście na przeciwniku i mówiąc o orężu jakim dysponuje sędzia, czyli takiej interpretacji prawa, jaka, mówiąc potocznie, jemu pasuje. Bo nie sam paragraf się liczy. Ważniejsze jak się go odczyta i jak zastosuje. Cóż, trzeba przyznać, że przynajmniej nie ukrywała prawdy o niejasnych meandrach sprawiedliwości, niestety tej przez malutkie „s”.

Ale wróćmy do wstępnego żarciku. Nie wylągł się on znikąd. Jego pomysłodawca ujął dosadnie niepokojące, trwające od dziesiątków lat zjawisko: zamykanie się środowisk prawniczych w obrębie określonej kasty, swoiste otorbienie ich przed zewnętrznością. Wybieranie kolejnych adeptów zawodu spośród tzw. swoich. Przypomina to metodę, którą określa się wychowem wsobnym.

Czym jest ów wychów, zwany inaczej kojarzeniem krewniaczym? Najprościej ujmując polega on na kojarzeniu osobników spokrewnionych przez wspólnych przodków. Skutkiem czego z czasem zanika różność genetyczna, co ma prowadzić do wyłonienia i utrwalenia określonych kombinacji genowych u potomków. Tak, żeby otrzymać w rezultacie osobnika o cechach wybitnych.

Kojarzenie krewniacze daje jednak wiele skutków negatywnych, o czym przekonywały się choćby rody królewskie i arystokratyczne,gdzie przez pokolenia żeniono się między sobą, nawet kazirodczo,ażeby uniknąć „zabrudzenia” błękitnej krwi. Efektem tego było rodzenie się potomstwa nie do końca rozumnego, z wielu wrodzonymi wadami, chorującego częściej niźli inni. Krótko mówiąc: cherlaków fizycznych i umysłowych, o niskiej witalności i odporności psychicznej. Znawcy tej metody twierdzą, że jeśli ma dać pozytywne rezultaty, należy ją stosować z dużym umiarem, wykorzystując jednostki rzeczywiście najlepsze, sprawdzone pod względem nie tylko fizycznym ale też psychicznym.

Aby te negatywne skutki pomniejszyć, znamienite rody starały się, często pokątnie, zasilać swe wyczerpane krewniaczymi krzyżówkami geny w świeżą krew czy to przez mezalians, czy dozwalając na uwieńczone potomstwem romanse jaśnie pani lub pana z osobą marniejszego pochodzenia. Może takie wpuszczenie świeżej krwi wyszłoby na dobre również rodom prawniczym. Może wtedy, zamiast„nadzwyczajnych”, mielibyśmy po prostu ludzi rozsądnych, uczciwych, prawdziwie prawych.