Któraś z agent unijnych (która – nieważne, bo i tak mają to samo szefostwo) wydała właśnie werdykt, jednoznacznie zabraniający stosowania w naszym kraju różnych ziół leczniczych. Ich wykaz nie zostawia wątpliwości. Zawiera rośliny, którymi nasi rodacy skutecznie wspomagali się od wieków, a które – jak utrzymują „troskliwi” prawodawcy z Unii – mają w sobie a to nie taki składnik, jaki by im pasował, a to znów jest w nich czegoś za mało, za dużo. Rośliny, które były zresztą zatwierdzone przez nasze instytuty badawcze i od dawna widniejące w usankcjonowanej wszelkimi pozwoleniami Farmakopei Polskiej.  

 

Mam tu wielką pretensję do ministra rolnictwa, Ardanowskiego. Po jasną cholerę jakiś czas temu publicznie zachęcał polską wieś do wzięcia się za uprawę ziół, bowiem – jak rzekł - Polska może tu być potęgą? I co? Ktoś tę jego mowę tam, w Brukseli, posłyszał. Polska w czymś ma przodować?! Nigdy w życiu! Już my tak zrobimy, że będziecie musieli w podskokach wracać do przydzielonego wam kąta i dogadzać możnym, chociażby zbierając szparagi z niemieckich pól. Zachciało się uprawiać kozłek, senes, dziurawiec, pokrzywę, szpinak i inne ziółka, a potem zalewać tym rynek zdrowotnych wspomagaczy? A sio! Nie ma! Lud nadwiślański będzie leczył się tylko tym, co my mu wskażemy. Preparatami wspomagającymi, ale wyłącznie konta koncernów farmaceutycznych, czyli wielkich finansowych, a więc i decyzyjnych, potęg świata, zaraz po zbrojeniówce, będą zasilane.

 

O polowaniu na polskie zioła mówiło się w środowisku już o wiele wcześniej. Farmaceuci nie mieli wątpliwości, że prędzej czy później gruchnie wieść z Brukseli: zioła precz! Wspomniał mi o tym nasz pan aptekarz, kiedy zdziwiła mnie podwyższona nagle cena ziołowych herbatek. Uprzedzał o zamachu na polskie zioła, co wyjawiła w radiowym wywiadzie szefowa Herbapolu, nasz Sanepid, ostrzegając, że część preparatów, m.in. z kozłka czy senesu może być wycofana. Najciekawsze - i tu tkwi sedno problemu, sedno wyraźnie pozamedyczne – że te same preparaty mogą być bez przeszkód stosowane w innych krajach Europy. Pewna firma z Włoch dostała np. zezwolenie na preparat, jakiego akurat zakazano w Polsce. Nie jest to jedyny przykład, że nie chodzi o przemysł zielarski, ale o kraj.

 

Lecz co ma począć nieszczęsny urzędnik brukselski, który musi się wykazać, żeby uzasadnić sens swojej pracy? Siedzi za biurkiem i wymyśla rozmaite duby smalone. Powiecie, że nie robi tego sam z siebie. Prawdopodobnie tak właśnie jest. Ale co ma czynić, jeśli brzmi mu w głowie wyraźny dyktat ważnych unijnych dyktatorów: - Polska na celowniku, więc coś tam towarzyszu na nią znajdźcie takiego, żeby im poszło w pięty…

 

Ten ciężki urzędniczy trud udanie podsumował już przed kilku laty anonimowy internauta:

Nie jesteś sam-masz Euroland. Tu zaokrąglą Ci każdy kant.    
Wskażą jak mierzyć ziarnka piasku, pod jakie drzewka sikać w lasku.
Jak z durnej marchwi robić owoce, i jakim masz się przykrywać kocem.
Nie wrzeszcz, że nie chcesz! Nie sycz, jak kobra - przecież chcą tylko twego dobra.                        
Gdy zachorujesz - ulżą jak trzeba. Łyk eutanazji - i gnasz do nieba!