W odróżnieniu bowiem od tradycyjnego proletariusza, który był tylko przejściowym i nieszczerym sojusznikiem rewolucjonistów, kobieta kobietą być nie przestanie, nawet gdyby chciała zmienić swoją płeć na którąś z sześciu innych. Tradycyjny proletariusz marzył bowiem o tym, by przestać być proletariuszem, to znaczy – by się wzbogacić, a jak mu się to udało, to zaraz stawał się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów, nie bez powodu podejrzewając ich, że zechcą mu wszystko odebrać i z powrotem wtrącić w szeregi proletariuszy. Dlatego właśnie w roku 1980 pojawiła się „Solidarność”, która była ruchem robotników zbuntowanych przeciwko komunistycznej partii, chociaż niekoniecznie przeciwko socjalizmowi. Socjalizm jednak nikogo jeszcze nie wzbogacił, poza złodziejami i biurokratami, co w praktyce na jedno wychodzi i to jest przyczyna wielkiej deziluzji, jaka stała się udziałem naszego narodu, na której, mówiąc nawiasem, żerują rozmaici demagodzy. W tej sytuacji na proletariat zastępczy kobiety nadają się znakomicie, bo wystarczy im wmówić, że są oprymowane przez „męskie szowinistyczne świnie” i że jedynym ratunkiem z tej opresji jest oswobodzenie „wagin” i „macic”, w  czym pomogą im wydatnie rewolucjoniści, którzy już od czasów Marksa marzyli o nieograniczonym dostępie do kobiet. Z tego właśnie powodu w „Manifeście komunistycznym” autorzy położyli taki nacisk na „wspólność żon”. No i sporo kobiet – bo któraż kobieta przynajmniej raz w życiu nie poczuła się „oprymowana” - ku uciesze rewolucjonistów, dało się na to nabrać. Adam Grzymała-Siedlecki, który jeszcze przed I wojną był dyrektorem krakowskiego teatru powiada, że największym powodzeniem cieszyły się przedstawienia, w których kobieta cierpi z powodu męskiej opresywności, albo – jeszcze gorzej – obojętności. Mężczyźni bowiem chodzili do teatru, żeby dogodzić żonom lub przyjaciółkom, bo w przeciwnym razie poszliby na kolację. Tedy rewolucjoniści z zapałem rzucili się, by „wyzwalać” kobiety i im która głupsza, tym chętniej się tym wyzwalającym zabiegom poddaje, w dodatku w przekonaniu, że bierze udział w tworzeniu Historii. Dla rewolucjonistów to prawdziwy dar Niebios, bo  znakomicie mogą się schować za plecami kobiet, słusznie licząc, że wobec nich przemoc będzie stosowana niechętniej („psu nie honor bić się z kotem - co mu po tem?” - pisze poeta), więc tak zwane „zadymy” można urządzać bezkarnie.

 

Ale pośrednim celem komunistycznej rewolucji jest destrukcja organicznych więzi społecznych, która przerobi europejskie narody w tak zwany „nawóz historii”, więc argusowe oko spoczęło również na wszelkiego rodzaju dewiantach płciowych i umysłowych, co zresztą często idzie w parze i ich również postanowiło wykorzystać w charakterze mięsa armatniego rewolucji. Toteż od pewnego czasu nie tylko intensywnie mobilizują te środowiska do publicznych, coraz bardziej natarczywych manifestacji, ale również, dzięki udanemu „długiemu marszowi przez instytucje”, narzucają rozwiązania prawne, które z jednej strony zapewniają zboczeńcom ochronę przed wszelką krytyką, a z drugiej – zmierzają nie tylko do  obezwładnienia przeciwników rewolucji groźbą kar, ale również –  inspirując taktykę obrony przez atak, czemu służą hasła walki o wolność i równość, co zmierza do psychicznego obezwładnienia kontrrewolucji.

 

I dopiero na tym tle można zrozumieć przyczyny, dla których przez polskie miasta przewalają się sodomickie „marsze równości”, pod hasłami walki z „dyskryminacją” i „wykluczeniem”. Tymczasem w Polsce od 1932 roku, kiedy to nowy kodeks karny zniósł karalność zboczeń płciowych, żadnej dyskryminacji już nie ma, czego najlepszym dowodem jest choćby wybór pana Roberta Biedronia, ostentacyjnego sodomity, na posła do Parlamentu Europejskiego, a wcześniej – na prezydenta Słupska. Tymczasem to właśnie on głośno uskarża się na ciężką dolę sodomitów, która może nawet byłaby najcięższa, gdyby nie to, że tradycyjnie najcięższa jest u nas dola chłopa.

 

No i właśnie odbył się taki „marsz równości” w Białymstoku, którego uczestnicy jak zwykle domagali się „wolności”, chociaż przecież mogą się ze sobą gzić, ile dusza zapragnie, a biurokratyczna szajka, kryjące się pod niewinną nazwą Światowej Organizacji Zdrowia, w trosce o zapewnienie świeżego mięska dla starych kurwiarzy, zaleca „edukację seksualną” w ramach której cudzym dzieciom będą urządzane klasówki z masturbacji i instruktaże na temat sodomizmu i gomoryzmu. Może zatem chodzić tylko o dwie rzeczy – o zmuszenie tych, którzy sodomitami ani gomorytami nie są, do uznania wbrew oczywistym faktom, że te przypadłości nie są dewiacjami, tylko szlachetnymi „orientacjami”, które nie tylko trzeba „tolerować”, ale akceptować. Tak mi to w swoim czasie, podczas dyskusji  z udziałem właśnie pana Biedronia i innego słynnego sodomity, pana Jacka Poniedziałka, wyjaśniał pan doktor Janusz Majcherek. Mamy zatem do czynienia z pełzającą, podstępną i perfidną agresją, a prezentowanie się sodomitów w charakterze ofiar jest obliczone na psychiczne obezwładnienie przeciwników i przyprawienie im odrażającego wizerunku bandytów. Jest to strategia skopiowana od żydowskich organizacji przemysłu holokaustu, które taki odrażający wizerunek narodu morderców od wielu lat usiłują przyprawić Polakom.

 

Środowiska przeciwne sodomickiej propagandzie skonfrontowały się w Białymstoku z sodomitami i towarzyszącymi im osobnikami w rodzaju pisarza Jacka Dehnela, który u „bandytów” dopatrzył się „tchórzostwa”, podczas gdy idący pod osłoną szczelnego kordonu policji uczestnicy marszu wykazali się „odwagą”. Ale mniejsza już o to, bo ważniejsze jest co innego. Oto kiedy żydowska gazeta dla Polaków  i protektorzy sodopmitów podniesli klangor, odezwał się rzeczni Episkopatu, przewielebny ksiądz Paweł Rytel-Adrianik, rzecznik Episkopatu Polski, który przekazał wiadomość, że „każda forma agresji jest wbrew nauce Jezusa Chrystusa”. Co prawda Chrystus kiedyś osobiście wybatożył przekupniów w świątyni jerozolimskiej, a bankierom powywracał stoły, ale żaden z nich nie był sodomitą, a w każdym razie – nic o tym nie wiemy – a poza tym najwyraźniej wtedy był inny etap i obowiązywały inne mądrości, a teraz etap jest inny, więc i mądrości inne.

 

Najzabawniejsze jest, że Episkopat zachęca cywilnych katolików, żeby angażowali się w politykę i życie społeczne. Ale kiedy się angażują w sposób, który nie pasuje żydowskiej gazecie dla Polaków i podnosi ona klangor, Episkopat zaraz podkula pod siebie ogon i przypomina o Chrystusie, co to kazał „nadstawiać drugi policzek” i tak dalej. Najwyraźniej zapomina, że polityka to nie jest schlebianie wszystkiemu; to jest walka, w której wybiera się jeden kierunek, a pozostałe zwalcza. W tej sytuacji jest oczywiste, że katolicy, zwłaszcza ci, którzy próbują się w politykę angażować, nie mogą oczekiwać na wsparcie ze strony Episkopatu, który najwyraźniej nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że kiedy na pierwszej linii konfrontacji zabraknie tych, których dzisiaj wymownymi ustami przewielebnego księdza Pawła Rytela-Adrianika tak sztorcuje, to z agresywnymi sodomitami będzie musiał się konfrontować Episkopat. Ciekawe, co im wtedy nadstawi.