Jesienne wybory tuż, tuż. Naprzeciw siebie dwie wrogie armie i garść pomniejszych oddziałów, wijących się w niepewności z kim warto wymienić miłosne spojrzenia, ruszyć w bój. Czerwoni z zielonymi, a może czerwoni z tęczowymi. Ale na pewno nie tęczowi z zielonymi, bo elektorat mógłby dostać szału. I chociaż na co dzień mamy go tam gdzie słońce nie dochodzi, teraz stał się bardzo ważny. Komu oddać miejsce na liście?

 

Zewsząd dobiega szczęk oręża.  Wrzaski, argumenty, przekomarzanki. Chaos. Obok właściwej listy wyborczej powstaje druga: lista poległych. Odrzutków. Lista płaczących i stękających. Na jej czele, ku niemiłemu zaskoczeniu zainteresowanych, osoby ze wszech miar aktywne w…No właśnie. W czym? Własnej głośności? Strojeniu wizerunku tych co ciągle na barykadzie, co zrobią wszystko byle przywalić wrogom.

Oto bohaterski wojownik z ugrupowania przystojnego Ryszarda, któremu władzę wyrwały pyskate kobiety z ambicjami rządzenia. Walczył, gdzie tylko się dało. Potrząsał bujną grzywą, głosił mowy, właził w Sejmie na krzesła, by z wdziękiem dziecięcia bawiącego się latawcem rzucać kartki papieru na głowy dostojnych przedstawicieli ludu pracującego miast, wsi i osiedli. Ale że było to już dawno i mogło ulec zapomnieniu, postanowił o sobie przypomnieć. Wytężywszy umysł wpadł na pomysł zgodny z panującymi trendami. Żeby znowu go dostrzeżono, sięgnął po ogólnie szanowany znak Polski Walczącej. To jest to! Akurat trafiła się rocznica 1 sierpnia, więc i szansa by narobić koło siebie szumu. Sapiąc z samozachwytu ustroił ów znak w tęczę LGBT. Szum był, a jakże. I co? Nic? Tyle starań, napinania, troski by walnąć wroga z całej mocy, zedrzeć zeń płaszcz patriotyzmu. A gdzie nagroda? Nadal nie ma mnie na liście! Mnie!!!

Z innej części naszej pięknej krainy dobiegł głośny płacz innej, zasłużonej w walce osoby, tym razem płci żeńskiej. Sterczała tygodniami w Sejmie, prowadząc pokazowy bój o niepełnosprawnych. Ani milimetra ustępstw – warczała w stronę kręcących się nerwowo przedstawicieli władzy. Nawet gdyby nam obiecali złote góry i dali to, o czym bąknęła jedna z uczestniczek protestu mówiąc, że powinni dostać tyle kasy, by mogła utrzymać się cała rodzina niepełnosprawnego – i tak nic z tego. Nawet pobieżny ogląd jej występów nasuwał domniemanie, iż pani owa została - mówiąc językiem PZPR - „zadaniowana” na określony cel: podkopać siły wroga. Robiła to głośno, z przytupem, co dnia przyklejona do kamer telewizyjnych. Cóż, walka wymaga poświęceń.  A że przy okazji biła się o swoje? Hm, trzeba korzystać z okazji. Wszak szefostwo opozycji – co ostatnio sama ujawniła – obiecało jej tzw. biorące miejsce na liście do Sejmu. Zadanie wykonała, więc taka tłusta nagroda słusznie się jej należy.

Niestety, szefostwo to wepchnęło ją gdzieś na szary koniec listy kandydatów do poselskiego stołka. Obrzydliwa zdrada! Jak można?! – rozwrzeszczała się nieszczęsna na cały kraj. – Mnie?! Mnie tak wystawić?!!! A gdzie obiecanki? Taką robotę dla was zrobiłam! Wstyd! Krzyk był na tyle głośny, że spokorniałe kierownictwo szybciutko dało dyla do tyłu i z przepraszającym uśmiechem umieściło bojowniczkę na „biorącym” podium.

Co dalej? Czekamy teraz z utęsknieniem na występ kolejnej osoby z listy poległych. Choćby tej pani dwojga nazwisk, która szalała po kraju i Europie, wyczyniając rozmaite sztuczki. Ba, jej bogata działalność miała dotknąć nawet papieża, któremu groziła, że go zdymisjonuje. Jej zasłużonej postaci również na listach wyborczych nie ma. Przeoczenie? Błąd? Może jednak ktoś się zlituje i wepchnie ją w sejmowe ławy. Warto wszak zadbać o równowagę między posłami myślącymi i posłami durniami.

Zuzanna Śliwa