Kiedy więc przedstawiono opinii publicznej nowego wybawcę Polski ze zgryzot, mającego walnąć w polityczną arenę z siłą kowalskiego młota, zamiast wpaść w zachwyt nad dostrzegalną na pierwszy rzut oka urodą tej osoby – podeszłam do niej bliżej. Jest to pani ( bo tym razem czyścicielem kraju z PiS-owskiej stajni Augiasza ma być kobieta, Małgorzata Kidawa-Błońska) niewątpliwie powabna. Zniewalający uśmiech, wymawiane starannie słowa. Krótko mówiąc: pełnia kultury. Atrybut, jakiego strasznie brakuje na naszym polityczno-medialnym bazarze. Szukanie w tak dorodnym łanie perzu i sporyszu zakrawa na nonsens. A jednak…

Zerknijmy więc na szczegóły. Niemal zawsze podawane w miłym opakowaniu, i z błyskiem w oku dowodzącym, że piękna pani Małgorzata absolutnie wierzy w to, co przekazuje. Sięgnijmy zresztą po niektóre jej wypowiedzi. Te tkwiące jeszcze w społecznej pamięci.

Przekop Mierzei Wiślanej, sztandarowa akcja obecnego rządu. Uniezależniająca od kaprysów Rosjan i dająca nadzieję na rozwój regionu elbląskiego. Chociaż potrzeba tego przekopu wydaje się oczywista z punktu widzenia interesów państwa, fakt iż podjął się go ten a nie inny rząd optykę ocen zmienia. Wszak trudno chwalić wroga, nawet jeśli zdarza mu się mieć rację. Inicjatywa ta stała się nogawką kolejnych spodni za jakie szarpią przeciwnicy każdego działania PiS-owskiej „szarańczy” – jak obrazowo nazwał ich wódz totalnych. W tym przypadku nie powinno być jednak ważne, kto czyni. Ważne czy to dobre czy złe. Niestety, reguła ta obowiązuje wybiórczo. Doczekaliśmy się kuriozalnej w tej kwestii opinii naszej pięknej pani, która z całą powagą wypaliła, że gdyby natura chciała, to ten przekop by był. Zaiste niebywały argument.

Internet i Twitter, najpotężniejsze media, ryknęły śmiechem. Posypały się dziesiątki przykładów z całego niemal świata. Wiele zaczynało się od frazy „Gdyby natura chciała to byłby…”Poleciała długa wyliczana: Kanał Sueski, Panamski, sztuczne zbiorniki wodne, wydobywanie kopalin itp.

Bardziej niż to stwierdzenie zafascynowała mnie jedna z mów przedwyborczych, a więc z natury rzeczy pełna miłych obiecanek. Mając w pamięci tuskowe „Polska potrzebuje cudu” i „zieloną wyspę” dobrobytu, nadstawiałam pilnie ucha na obiecankowe nowości. No i patrzcie! Stary, tuskowy cud powrócił. W słowach pięknej wybawicielki.

„Obiecuję, że zatrzymamy wycinanie lasów, zatrzymamy smog, zatrzymamy plastik”.

Wizja szumiących borów, czystego powietrza, braku toksycznych śmieci winna być bliska każdej myślącej osobie. Ale podejdźmy do tego sielankowego łanu i przyjrzymy mu się dokładnie. Punkt pierwszy obiecanki, czyli wycinanie lasów jest możliwy do zrealizowania choćby serią rozporządzeń. Tyle że wyrzynka drzew szalała też za Tuska. Bezkarnie, bo tamto - wiadomo - było słuszne. Typowe dostrzeganie źdźbła w oku cudzym i nie widzenie belki we własnym. Niechby tak ktoś z opozycji powiedział, że cięcie lasów na ich rządów było błędem – i teraz ten błąd chcą naprawić, brzmiało by wiarygodnie i po ludzku. Niestety, do prawdy trzeba i honoru, i odwagi.

Punkt trzeci obiecanki: plastik. Ale jak go wykonać? O tym ani słowa, choć jakieś rozwinięcie by się przydało, bo gadanie dla gadania jest pustosłowiem. No i punkt drugi, bardzo ważny: smog. Jak zlikwidować toksyczność odpadów i to, czym plują wadliwe kominy? Dyskutowaliśmy o tym z sąsiadami. Wreszcie jeden z nich wpadł na trop: - Myślę, że kiedy tak mocno smog leży im na sercu, już montują ekipę, która będzie jeździć po kraju i sikać do kominów. Są przecież tacy pomysłowi.   

Zuzanna Śliwa